Po prezydenckim wecie rząd rozdzielił przepisy dotyczące DSA na dwa projekty. Pierwszy dotyczy przede wszystkim adekwatności organów, w tym prezesa UKE jako koordynatora ds. usług cyfrowych oraz części instytucjonalnej. Drugi obejmuje procedury blokowania i odblokowywania treści w internecie. Choć posłowie zajmowali się w czwartek wieczorem w Sejmie pierwszym z nich, dyskusja objęła także ochronę użytkowników i kontrolę sądową.
Potrzebna szybka procedura
Problem polega na tym, iż projekt proceduralny przewiduje krótkie terminy na etapie administracyjnym – m.in. dwa dni na przekazanie sprzeciwu wraz z aktami do sądu. Nie daje jednak podobnej gwarancji tempa po wejściu sprawy na drogę sądową. Projekt przewiduje dwie instancje i skargę kasacyjną, a zatem postępowanie, które w założeniu ma przebiegać szybko, w praktyce może potrwać latami.
Posłowie opozycji podnosili podczas debaty, iż propozycje Ministerstwa Cyfryzacji – mimo zmian po prezydenckim wecie, które do pewnego stopnia ocenili pozytywnie – przez cały czas nie dają wystarczających gwarancji dla wolności słowa i szybkiej ochrony użytkowników.
Bartłomiej Pejo z Konfederacji przekonywał, iż obywatel, którego wpis lub konto zostaną zablokowane przez platformę internetową, może co prawda pójść do sądu, ale w praktyce oznacza to wydanie pieniędzy na prawnika i oczekiwanie „miesiącami, często niestety latami”, podczas gdy np. wybory się kończą albo firma ponosi straty, a usunięta treść traci znaczenie. – Potrzebujemy szybkiej procedury sądowej, krótkich terminów, skutecznego zabezpieczenia roszczenia i możliwości natychmiastowego nakazania przywrócenia treści albo konta – podkreślił.
Poseł Konfederacji pytał też wprost, dlaczego w projekcie nie przewidziano rozwiązania, które określił jako „szczególna, szybka procedura sądowa”, pozwalająca na natychmiastowe zabezpieczenie roszczenia i przywrócenie bezpodstawnie usuniętej treści. Dopytywał też, czy przedsiębiorca odcięty od klientów, dziennikarz pozbawiony możliwości publikowania albo kandydat zablokowany w trakcie kampanii wyborczej mają czekać miesiącami na odpowiedź i prawomocny wyrok. – To nie jest skuteczna ochrona. To jest fikcja ochrony – ocenił Pejo.
Podobne wątpliwości zgłaszał Dariusz Stefaniuk z PiS, który wskazywał, iż zgodnie z nową propozycją dotyczącą DSA to przez cały czas urząd, a nie sąd, ma być pierwszym arbitrem w sprawach treści w internecie. Zwracał także uwagę na rolę prezesa UKE, zaufanych podmiotów sygnalizujących, dostęp badaczy do danych platform i Krajową Radę ds. Usług Cyfrowych, pytając: „Gdzie są realne bezpieczniki?”. Do problemu szybkiej kontroli sądowej nawiązywali też inni posłowie prawicy. Maciej Małecki z PiS mówił, iż obywatel nie ma możliwości szybkiego odwołania się od decyzji urzędników, a Kazimierz Choma z PiS pytał, jaka jest „szybka ścieżka sądowa”, w ramach której obywatel lub instytucja mogliby odwołać się od decyzji urzędnika.
Bezpieczeństwo w sieci
Dariusz Standerski, wiceszef resortu cyfryzacji, odpowiedział jednak, iż część tych pytań dotyczy innego przedłożenia. Wskazał, iż omawiany projekt obejmuje wyznaczenie organów oraz procedury dotyczące m.in. zaufanych podmiotów sygnalizujących i organów pozasądowego rozstrzygania sporów, natomiast procedury blokowania i odblokowywania treści znajdują się w odrębnym projekcie. – To nie ta ustawa, to nie dzisiaj – podkreślił Standerski.
Projekty wdrożenia w Polsce DSA – jak podkreślają przedstawiciele resortu cyfryzacji – mają na celu zagwarantować bezpieczeństwo w sieci, a nie dotyczyć pracy sądów, co jest poza zakresem MC. Poza tym samo wpisanie do ustawy krótkiego terminu na rozpoznanie sprawy nie gwarantuje realnego przyspieszenia postępowań, w sytuacji gdy polski wymiar sprawiedliwości jest w kryzysie. Rządzący deklarują jednocześnie otwartość na dialog i zmiany w toku prac sejmowych, np. na różnicowanie procedur w zależności od rodzaju czynu zabronionego czy rozszerzenie katalogu spraw objętych krajową procedurą. Podkreślają jednak, iż postulaty opozycji muszą być realne i możliwe do wpisania w obowiązujący system prawa.
Sprzeciw i skarga
Problem odnosi się przede wszystkim do projektowanego art. 11p., a dodawanego do ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną, czyli do przepisu regulującego sprzeciw od decyzji prezesa UKE albo przewodniczącego KRRiT oraz dalszą kontrolę sądową.
Przepis ten zakłada, iż organ, który wydał decyzję, ma przekazać sprzeciw sądowi powszechnemu wraz z aktami postępowania w terminie dwóch dni od jego otrzymania. Sąd rozpoznaje następnie sprawę w trybie postępowania nieprocesowego, przy czym projekt przewiduje także dalszą kontrolę instancyjną. Od postanowienia sądu drugiej instancji co do istoty sprawy oraz od postanowień kończących postępowanie w przedmiocie odrzucenia sprzeciwu lub umorzenia postępowania ma przysługiwać skarga kasacyjna.
Etap legislacyjny: przed pierwszym czytaniem w Sejmie
Opinia dla „Rzeczpospolitej”
Paweł Litwiński
adwokat, specjalista prawa nowych technologii, partner w kancelarii Barta Litwiński
Nie widzę tego w kategoriach władzy państwa nad obiegiem treści w internecie, bo treści, które będą objęte ewentualnymi nakazami prezesa UKE, są i tak nielegalne, a ten stan nielegalności wynika z obowiązujących od dawna regulacji. Mówimy więc o ewentualnym blokowaniu treści nielegalnych, czyli egzekwowaniu tego, co już wynika z przepisów. Kluczowa gwarancja jest moim zdaniem tylko jedna – szybka ścieżka odwoławcza. W projekcie przewidziano krótkie terminy w postępowaniu, na przykład dwa dni na przekazanie akt przez prezesa UKE do sądu, ale nie ma żadnej gwarancji, iż sąd gwałtownie rozstrzygnie sprawę. o ile uwzględnimy dwie instancje i skargę kasacyjną, to w obecnym stanie polskiego sądownictwa mówimy o latach postępowania. A przecież mamy tzw. tryb wyborczy, który – jak pokazuje praktyka – jest szybki i działa. Nie rozumiem, dlaczego tutaj nie wprowadza się podobnego rozwiązania. Na papierze wszystko wygląda dobrze, ale pospolitość skrzeczy.

1 godzina temu







