Liczba sporów przetargowych w ostatnich kilku latach uległa podwojeniu. Według szacunków w tym roku do Krajowej Izby Odwoławczej wpłynie już 6,5 tys. odwołań. Tymczasem zasób kadrowy nie tylko się nie zwiększa, ale się kurczy. Właśnie zakończył się nabór na dziewięciu nowych członków KIO. Konkurs przeszła pozytywnie tylko jedna osoba. W ostatnim czasie z pracy w Izbie zrezygnowały zaś dwie.
– Sytuacja robi się, nie boję się użyć tego słowa, dramatyczna. Nabór miał wzmocnić Izbę kadrowo, tymczasem okazuje się, iż nie pozwolił choćby zapełnić zwolnionych etatów. To wszystko przy ciągłym wzroście liczby wpływających odwołań – mówi Jan Kuzawiński, prezes KIO.
Wymagania większe od zarobków
Z 16 osób, które aplikowały, wymagania spełniło 12. Do egzaminów przystąpiło jednak już tylko sześć, z czego jedna ukończyła je pozytywnie. To kolejny nabór, który nie pozwolił na obsadzenie brakujących wakatów. W 2025 r. konkurs miał wyłonić 13 nowych orzeczników. Udało się zatrudnić jedynie sześciu.
Powód dla wszystkich jest oczywisty – niesatysfakcjonujące zarobki. Na starcie członek KIO może liczyć na nieco ponad 9 tys. zł na rękę. Więcej zarabiają nie tylko sędziowie, ale choćby referendarze sądów rejonowych.
– Nie jest to atrakcyjna praca dla osób z kwalifikacjami, jakie wymagane są od członków Izby. Muszą oni przecież mieć zdany egzamin sędziowski, prokuratorski, adwokacki czy radcowski – ocenia dr hab. Włodzimierz Dzierżanowski, wykładowca Akademii Łazarskiego i radca prawny w Sienna Dzierżanowski sp.k.
– Trzeba też pamiętać, iż członkowie KIO praktycznie nie mają możliwości dorobienia, bo wolno im jedynie publikować lub wykładać na uczelniach. Zresztą na to dorabianie i tak raczej nie wystarczyłoby im czasu, przy tym nawale odwołań – zaznacza.
Już w czerwcu na problemy Izby zwróciła uwagę Rada Zamówień Publicznych. „Aktualnie stabilność funkcjonowania całego systemu środków ochrony prawnej jest zagrożona ze względu na zwiększoną liczbę spraw odwoławczych, a także przez ryzyko kolejnych rezygnacji z pełnienia funkcji członka” – napisała w swej uchwale, apelując o przyjęcie jako podstawy do ustalenia wysokości pensji orzeczników wynagrodzenia należnego sędziom delegowanym do Ministerstwa Sprawiedliwości, co stanowiłoby o „adekwatności wynagrodzenia członków KIO w stosunku do powierzonych im do realizacji (…) zadań”. Apel pozostał bez odzewu.
Niedawno list do premiera i ministra finansów wystosowała w tej samej sprawie sama KIO, prosząc o rozważenie zrównania pensji orzeczników z wynagrodzeniem sędziów sądów okręgowych. Na razie także bez odzewu.
Z kolei prezes Urzędu Zamówień Publicznych co roku zabiega o podwyższenie mnożnika kwoty bazowej, który decyduje o pensjach członków Izby. Również bezskutecznie.
– jeżeli płace nie wzrosną i to w sposób wyraźny, można spodziewać się dalszych odejść. Tym bardziej, iż członkowie KIO są doceniani na rynku usług prawniczych, o czym może świadczyć choćby to, iż jedna z osób, które ostatnio odeszły została natychmiast zatrudniona we wiodącej kancelarii w Polsce – alarmuje Jan Kuzawiński.

Będą opóźnienia
Skutki problemów kadrowych są już odczuwalne. Zgodnie z przepisami o zamówieniach publicznych odwołanie powinno zostać rozpatrzone w ciągu 15 dni. W 2019 r. średni czas był choćby krótszy, bo wynosił 14 dni. Potem wydłużył się w związku z pandemią, ale w 2023 r. znów było to 14 dni. Od tego czasu sytuacja jest już coraz gorsza, w związku ze skokowym wzrostem odwołań. Dzisiaj średnia to 35 dni. Przy czym średnia niekoniecznie oddaje rzeczywistą skalę problemu, bo uwzględnia również sprawy umorzone czy odrzucone.
– Merytoryczne rozstrzygnięcia w sprawach, w których występuję, zajmują przeciętnie 7-8 tygodni – wskazuje dr hab. Włodzimierz Dzierżanowski.
Jeśli liczba odwołań wciąż będzie rosła, a zasoby kadrowe KIO nie zostaną zwiększone, to oczywiste jest, iż wydłuży się też czas oczekiwania na rozstrzygnięcia. Wzrosty ma zastopować nowelizacja ustawy – Prawo zamówień publicznych, która zakłada m.in. podniesienie wysokości wpisów od odwołań (maksymalnie do 100 tys. zł). Jednak choćby gdyby liczba spraw zatrzymała się na obecnym poziomie lub nieznacznie spadła, to bez wzmocnienia kadrowego sytuacja i tak się nie poprawi.
Dlatego planowane są kolejne nabory. Sądząc po doświadczeniach z ostatnich, trudno jednak spodziewać się wzrostu zainteresowania.
– Niestety nie jestem optymistą. Ze względu na niskie zarobki i brak możliwości awansu praca orzecznika w Izbie nie jest atrakcyjna dla ludzi z niezbędnym wykształceniem i wiedzą – przewiduje Jan Kuzawiński.
– Powtórzę, jedynie dostrzegalny wzrost wynagrodzenia może zmienić tę sytuację – podsumowuje.

4 godzin temu



