Inwestycja jest na ukończeniu, ale zamiast odbioru technicznego pojawia się chłód. Wykonawca twierdzi, iż zakres prac wzrósł i domaga się zapłaty za roboty dodatkowe. Inwestor odpowiada listą usterek oraz notą obciążeniową za opóźnienie w harmonogramie. W ciągu kilku dni rzeczowa kooperacja zamienia się w wymianę pism przedprocesowych.
W takich momentach emocje dyktują najgorszy możliwy scenariusz, czyli walkę na zasadzie „spotkamy się w sądzie”.
Pozew wydaje się prostym ruchem, ale w realiach inwestycyjnych oznacza natychmiastowy paraliż. Spór budowlany przed sądem to niemal pewność powołania biegłego, wielomiesięczne oczekiwanie na ekspertyzy i formalna blokada obiektu.
Inwestor nie może dokończyć prac ani zacząć zarabiać na nieruchomości, choć wciąż spłaca odsetki od kredytu. Wykonawca z kolei zostaje z zamrożonymi pieniędzmi, których brakuje mu na wypłaty dla ludzi i zaliczki na materiały do kolejnych zleceń.
Wyrok zapadnie za dwa lub trzy lata. Pytanie brzmi, ile do tego czasu będzie warta racja, za którą zapłacono utratą płynności i zamrożeniem całego projektu.
Ustrukturyzowany dialog w takim sporze nie polega na wzajemnych ustępstwach z litości. To twarda inwentaryzacja faktów. Siadamy do stołu z dziennikiem budowy, kosztorysem i harmonogramem, zostawiając za drzwiami osobiste animozje.
Zadaniem Architekta Porozumienia jest oddzielenie realnych wad technicznych od pretekstów tworzonych wyłącznie po to, by zatrzymać ostatnią transzę. Kiedy wycenimy faktyczny koszt poprawek i zestawimy go z kosztami procesu, przestrzeń do porozumienia pojawia się sama.
Ugoda budowlana rzadko bywa powodem do entuzjastycznego świętowania, ale zawsze jest powodem do ulgi. Inwestor odbiera klucze i uruchamia biznes, a wykonawca zamyka budowę, wystawia fakturę i może zająć się nową pracą.
Czasem najważniejszym zyskiem z trudnej rozmowy jest po prostu możliwość ruszenia dalej.

1 dzień temu





