Nie wydaje mi się, żeby ktokolwiek z nas chciał, by politycy podejmowali zbyt wiele subiektywnych, arbitralnych i niepewnych decyzji dotyczących naszego życia. Nie chcemy, by czuli się zwolnieni z etyki. Ale czy takie oczekiwanie jest realistyczne? – pisze Sebastian Stodolak, wiceprezes WEI w najnowszym numerze „Dziennika Gazety Prawnej”.
Czy zabiłbyś dziewięcioletnie dziecko? Głupie pytanie, prawda? No, dobrze. A czy zabiłbyś dziewięcioletnie dziecko, gdyby było to ceną za uratowanie znacznie większej grupy ludzi? Przed takim dylematem stają bohaterowie filmu „Niewidzialny wróg” z 2015 r. Dowództwo operacji antyterrorystycznej namierza grupę przygotowującą zamach samobójczy i chce wyeliminować ją zdalnie dzięki pocisku Hellfire. W pewnym momencie w polu rażenia pojawia się jednak dziewięcioletnia Alia. To uruchamia serię narad na najwyższym szczeblu zarówno wojskowym, jak i politycznym. W pewnym momencie z ust postaci granej przez Helen Mirren pada: „Życie wielu dzieci jest zagrożone, a to tylko jedna dziewczynka”.
Co powiedzielibyście na takie dictum? Jasne, większość z nas nigdy się nie znajdzie w takiej sytuacji i przez to łatwo nie dostrzec sensu podobnych rozważań. W istocie jednak my wszyscy co cztery lata, głosując, udzielamy licencji na podejmowanie – choćby w warunkach pokoju – codziennych decyzji o być albo nie być osób, których nie znamy.
Ale czy politycy faktycznie stoją ponad zwykłą moralnością? I czy chcemy mieć u władzy osoby przekonane, iż tak właśnie jest?
Syndrom pychy
Proszę sobie wyobrazić, iż jest Pan/Pani premierem i decyduje, które ustawy rząd przedstawi pod głosowanie sejmu, a które nie, jakie decyzje w sprawach, w których prawo daje im taki przywilej, podejmą ministrowie. Cenzuruje Pan/Pani ich zapędy, wskazuje kierunki, wytycza ogólną linię – to na Panu/Pani spoczywa ostatecznie odpowiedzialność za to, jak państwo zachowuje się wobec obywateli.
Konkretniej? Podniesione podatki zabierają komuś chleb. Obniżone wymagają cięć wydatków gdzie indziej, więc… też zabierają komuś chleb. Gdy nie pozwala się komuś wybudować domu albo fabryki, rujnuje się jego plany. Gdy się pozwala, rujnuje się plany tych, którzy będą narażeni na efekty zewnętrzne danej budowy.
Gdy będąca pod Pana/Pani władzą policja podejmuje próbę siłowego stłumienia zamieszek, jest szansa, iż ktoś ucierpi. Gdy nie podejmuje, sytuacja również może wymknąć się spod kontroli, tyle iż w inny, równie groźny sposób. Gdy ogłasza Pan/Pani, iż cudzoziemcy będą deportowani choćby za błahe przewinienia, może Pan/Pani zniszczyć dorobek czyjegoś życia. W przeciwnym razie pozwala Pan/Pani, by obcy rzezimieszek rozbisurmanił się do tego stopnia, iż zgwałci w końcu kobietę albo brutalnie napadnie i okradnie Bogu ducha winną osobę. I tak źle, i tak niedobrze, ale jakąś decyzję podjąć trzeba.
Politycy w takiej sytuacji mogą powiedzieć, iż nie wiedzą, czy to, co robią, jest w 100 proc. adekwatne, ale mogą także przyjąć postawę butną stwierdzić, iż nie mają żadnych wątpliwości. I, niestety, tę drugą postawę wybierają częściej. Lekarz David Owen i psychiatra Jonathan Davidson sugerują w pracy „Hubris syndrome: An acquired personality disorder?” z 2009 r., iż może to być nie tyle przejaw świadomego cynizmu, ile… objaw realnej zmiany osobowości, do której dochodzi po objęciu władzy. Bazując na portretach psychologicznych amerykańskich prezydentów i brytyjskich premierów z ostatnich 100 lat, badacze doszli do wniosku, iż w pewnych sprzyjających warunkach – przy posiadaniu dużej władzy przez dłuższy czas, dużych sukcesach politycznych i braku krytyki – wykształca się w rządzących syndrom pychy, czyli „przytłaczającej pewności siebie i pogardy wobec innych”, który to syndrom „może skutkować katastrofalnym przywództwem i spowodować szkody na wielką skalę”. Zdaniem autorów kwestię tę można wręcz rozpatrywać w kategoriach medycznych.
Osoby dotknięte syndromem pychy są przekonane, iż odpowiadają wyłącznie przed Bogiem albo przed historią w żadnym razie przed wyborcami. Świetnie oddaje to stwierdzenie Henry’ego Kissingera, doradcy amerykańskich prezydentów, który w 1970 r. komentował prawdopodobny demokratyczny wybór Salvadora Allende na prezydenta Chile: „Nie rozumiem, dlaczego mielibyśmy stać z boku i patrzeć, jak kraj popada w komunizm z powodu nieodpowiedzialności własnych obywateli. Te kwestie są zbyt ważne, by pozostawić decyzję w tej sprawie samym chilijskim wyborcom”. Dobrą ilustracją problemu jest także wypowiedź premiera Donalda Tuska z 2024 r.: „(…) musimy działać w kategoriach demokracji walczącej. (…) prawdopodobnie nie raz popełnimy błędy lub podejmiemy działania, które według niektórych autorytetów prawnych mogą być nie do końca zgodne z literą prawa, ale nic nie zwalnia nas z obowiązku działania”.
Demokratyczny pierścień Gygesa
Innym objawem pychy związanej z władzą jest przekonanie o bezkarności. Władza – choćby w dobrze urządzonej demokracji – działa jak pierścień Gygesa. Przypomnijmy: w „Państwie” Platona Glaukon przytacza opowieść o pasterzu Gygesie, który znajduje pierścień czyniący jego posiadacza niewidzialnym. Nie wykorzystuje on pierścienia, by po kryjomu czynić dobro, tylko wdziera się na dwór króla, by go zabić, przejąć władzę, wcześniej zaś uwieść królową. Glaukon wskazuje jasno sens opowieści: „(…) każdy, gdzie tylko myśli, iż będzie mógł krzywdy wyrządzać bezkarnie, tam je wyrządza”. A władza przecież pozwala na więcej.
Polityk unika kar, a jeżeli te już na niego spadają, to zwykle są łagodniejsze, niż gdyby dosięgły zwykłych śmiertelników. Na przykład wobec eksprezydenta Francji Nicolasa Sarkozy’ego w trzech odrębnych sprawach orzeczono łącznie dziewięć lat pozbawienia wolności. Sprawy dotyczyły m.in. korupcji, płatnej protekcji i nielegalnego finansowania kampanii. W więzieniu Sarkozy spędził trzy tygodnie, odbywając część kar pod elektronicznym dozorem.
Jednak – zgodnie z sugestią Owena i Davidsona – nie jest raczej tak, iż władza wraz z pychą wpycha polityków w cynizm. Owszem, może się tak zdarzyć, ale co do zasady jest mało prawdopodobne, by osoby, które prywatnie są zwykle dobrymi rodzicami, partnerami czy przyjaciółmi, w życiu publicznym wybierały świadome czynienie zła. Rządzący wydają nam się egoistycznymi bubkami przekonanymi o swojej racji i bezkarności, ale oni tak siebie nie widzą. Uważają się za osoby dobre, a trudne decyzje usprawiedliwiają powierzoną sobie misją. Takie spojrzenie na polityków pozwala wyjaśnić, dlaczego im więcej mają władzy, tym surowiej oceniają oszustwo i tym częściej sami się go dopuszczają. Taki wynik dał eksperyment opisany w pracy „Power increases hypocrisy: moralizing in reasoning, immorality in behavior” z 2010 r.
Cóż to jednak za misja, która stawia polityków poza dobrem i złem? Realizacja dobra wspólnego. Nie istnieje pojęcie, którego opaczne rozumienie wyrządziło więcej krzywdy rodzajowi ludzkiemu. Gdy politycy u władzy wierzą, iż ich zadaniem jest określenie, a potem realizacja bonum commune, usprawiedliwić mogą już wszystko.
Samo to pojęcie jest tak stare jak filozofia. U jej zarania w czasach Platona czy Arystotelesa – odnosiło się do wspólnoty, w której ramach jednostki miały realizować ideał rozumnego, a więc dobrego życia. W epoce rzymskiej dobro wspólne zaczęto silniej łączyć z dobrem samej republiki. To, co dobre dla wspólnoty, powinno wzmacniać republikę – i odwrotnie. Celem były trwałość i stabilność. W myśli chrześcijańskiej zaś dobro wspólne złączono z ponadnaturalnym celem, jakim jest zbawienie.
(…)
Cały artykuł dostępny jest TUTAJ.

3 godzin temu






