WEI vs. rewolucji, za wyborem na rynku pracy

2 godzin temu

Wbrew obietnicom, rząd znów to robi: chce wdrożyć unijne prawo w pośpiechu, bez odpowiednio przeprowadzonych konsultacji i w sposób nadmiarowy.

Warsaw Enterprise Institute (WEI) opublikował stanowisko ws. projektu ustawy o pracy platformowej. Sprawa dotyczy dyrektywy o pracy platformowej, czyli wykonywanej za pośrednictwem aplikacji (takiej jak dowóz jedzenia czy przewozy osób). Proponowany przez rząd projekt – w połączeniu z nowymi uprawnieniami Państwowej Inspekcji Pracy – tworzy mechanizm, w którym urzędnik może nakazać platformie zatrudnienie pracownika na etacie, z pominięciem wyroku sądu. Polska propozycja idzie tu znacznie dalej niż wymaga tego Bruksela.

Zwykle dostawcę jedzenia i kierowcę łączy z platformą umowa zlecenia albo własna działalność gospodarcza

Stracą nie tyle same platformy, co półtora miliona osób zatrudnionych na umowy zlecenie, w tym studenci, emeryci czy imigranci zarobkowi, którzy po prostu cenią sobie elastyczność takiej współpracy. Rachunek za te regulacje zapłacą również konsumenci w postaci wyższych cen usług, takich jak dostawa posiłku czy przejazd taksówką. Warsaw Enterprise Institute stanowczo sprzeciwia się forsowaniu prawa, które może pozbawić tysiące ludzi źródła dochodu i wypchnąć ich z legalnego rynku prosto do szarej strefy.

Zamawiając obiad przez aplikację albo wsiadając do taksówki, rzadko myślimy o tym, kto adekwatnie zatrudnia człowieka realizującego usługę. Zwykle dostawcę jedzenia i kierowcę łączy z platformą umowa zlecenia albo własna działalność gospodarcza, choć to aplikacja ustala cenę, rozdziela zlecenia i ocenia sposób ich wykonania. Spór o to, czy taki wykonawca jest pracownikiem podporządkowanym platformie, ciągnie się w Europie od dekady i doczekał się dziesiątek sprzecznych wyroków, często odmiennych wobec tych samych firm w sąsiadujących krajach. Uporządkować go miała dyrektywa o pracy platformowej, która nakazuje państwom członkowskim wprowadzić domniemanie stosunku pracy tam, gdzie platforma rzeczywiście kieruje pracą, oraz ujawnić zasady działania algorytmów rozdzielających zlecenia. Rzecz w tym, iż dla setek tysięcy osób elastyczność aplikacji nie jest niedogodnością, którą trzeba usunąć, ale powodem, dla którego w ogóle podjęły to zajęcie: same decydują, kiedy i ile pracują, a etatu nie szukają. O ile sama intencja uregulowania tego rynku nie budzi naszych zastrzeżeń, o tyle budzi je sposób, w jaki dyrektywę wdraża Polska.

Tempo wprowadzania tych zmian trudno racjonalnie wytłumaczyć

Projekt Ministerstwa Rodziny Pracy i Polityki Społecznej wdraża dyrektywę o pracy platformowej, której termin transpozycji upływa 2 grudnia 2026 r. Do konsultacji trafił zatem niecałe 4 miesiące przed tym terminem i dwadzieścia jeden miesięcy po przyjęciu dyrektywy przez Radę. Opóźnienie powstało po stronie rządu, a jego koszt ponoszą uczestnicy rynku w postaci skróconego czasu w opiniowanie.

Tempo wprowadzania tych zmian trudno racjonalnie wytłumaczyć. Niespełna 2 miesiące temu, 8 lipca 2026 r., weszła w życie reforma inspekcji pracy, dająca kontrolerom prawo do zamieniania umów cywilnoprawnych na etaty. Resort pracy sam traktuje nową ustawę jako kontynuację tych zmian. Problem polega na tym, iż nikt nie sprawdził, jak ta pierwsza reforma w ogóle sprawdza się w praktyce. Przedsiębiorcy, którzy właśnie dostosowują swój model biznesowy do nowych uprawnień inspektorów, robią to w ciemno, nie wiedząc, jakie prawo obejmie ich za 4 miesiące. To klasyczny chaos legislacyjny, który drastycznie podnosi koszty prowadzenia firmy, niezależnie od samych przepisów.

Istnieje realne ryzyko, iż firmy nie zdążą przygotować się do nowych reguł

30 dni na konsultacje społeczne to czas odpowiedni dla drobnych poprawek technicznych. Tutaj mówimy o 57 artykułach, zmianach w Kodeksie postępowania cywilnego i w ustawie o Państwowej Inspekcji Pracy oraz o kilkudziesięciu stronach uzasadnienia. Widać zresztą, iż projekt pisano w pośpiechu. Uzasadnienie odsyła do przepisu, którego w dokumencie w ogóle nie ma, a jednostka redakcyjna zmieniana w ustawie o inspekcji ma inny numer niż przytoczona przy niej treść. Takie usterki wyłapuje się właśnie podczas konsultacji, o ile przeznaczy się na nie odpowiedni czas.

Istnieje realne ryzyko, iż firmy nie zdążą przygotować się do nowych reguł. Choć projekt przewiduje półroczny okres przejściowy, to dotyczy on wyłącznie raportowania do inspekcji. Najważniejszy mechanizm, samo domniemanie etatu, zaczyna działać już miesiąc po ogłoszeniu ustawy i obejmuje umowy trwające, za okres liczony od 2 grudnia 2026 r., a więc potencjalnie sprzed dnia jej ogłoszenia. Przebudowanie modelu rozliczeń z tysiącami kurierów, renegocjacja kontraktów i zmiana systemów informatycznych to praca na co najmniej kwartał, a nie na zaledwie miesiąc.

Równie absurdalnie wygląda sama procedura

Ponadto polski projekt wykracza poza wymagania UE. Dyrektywa uruchamia domniemanie etatu dopiero wtedy, gdy okoliczności wskazujące na kierownictwo i kontrolę zostaną stwierdzone. Polski projekt mówi zaledwie o uprawdopodobnieniu. Różnica jest kolosalna, przypomina różnicę między twardym dowodem przedstawionym w sądzie a zwykłą poszlaką śledczych. Co gorsza, ustawa nie określa jasno, co owo kierownictwo oznacza w praktyce, poprzestając na formule „kierownictwo, w szczególności kontrola”. Dla porównania Belgia opisała ten mechanizm dzięki 8 jasnych kryteriów. W Polsce normę ukształtują pierwsze decyzje okręgowych inspektorów, a przedsiębiorca pozna jej zakres dopiero wtedy, gdy sam stanie się ich adresatem. Trudno o bardziej arbitralne i nieprzewidywalne prawo.

Równie absurdalnie wygląda sama procedura. jeżeli inspektor uzna, iż ktoś powinien być na etacie, platforma ma 14 dni na udowodnienie, iż jest inaczej. jeżeli nie zdąży, urzędnik z automatu wydaje decyzję ustalającą istnienie stosunku pracy, a następnie może wytoczyć powództwo, domagając się ustalenia etatu również za miniony okres. Tymczasem Bruksela wprost zaznacza, iż nowe prawo nie może automatycznie zmieniać formy zatrudnienia.

Urzędnik będzie mógł „uszczęśliwić” pracownika umową o pracę całkowicie wbrew jego woli

Kompletnie nieproporcjonalny jest też system kar. Projekt nakazuje nakładać na firmy kary sięgające 20 mln euro albo 4 proc. globalnego obrotu, i to wyłącznie za naruszenie obowiązków informacyjnych. Sama dyrektywa wcale tego nie wymaga, wyznacza jedynie organ adekwatny do nadzoru. Do tego dochodzi grzywna od 2 tys. do 60 tys. zł za 15 czynów o charakterze informacyjnym i proceduralnym.

Najbardziej szokujące jest jednak to, iż urzędnik będzie mógł „uszczęśliwić” pracownika umową o pracę całkowicie wbrew jego woli. Całe postępowanie mogą uruchomić działacze związkowi, w ogóle nie prosząc zainteresowanego o zgodę. jeżeli komuś odpowiada jego obecna elastyczna umowa, będzie musiał sam pofatygować się do urzędu i w ciągu czternastu dni udowadniać, iż nie chce być pracownikiem etatowym. Zamiast ułatwić życie zarobkującym, polski rząd robi z dyrektywy narzędzie przymusu, uderzające w tych, którzy świadomie wybrali elastyczność. Tych, jak się okazuje, jest nie mało.

Z szacunków Komisji Europejskiej dla całej Unii jasno wynika, iż roczne koszty platform wzrosną o kwotę od 1,87 do 4,46 mld euro

Na koniec 2025 r. wyłącznie z umów zlecenia i pokrewnych utrzymywało się w Polsce 1,49 mln osób, o 4,8 proc. więcej niż rok wcześniej, czyli mniej więcej co 9 osoba pracująca w gospodarce narodowej. Cudzoziemcy stanowili 29 proc. tej grupy, a osoby do 26. roku życia i emeryci po ok. 18 proc., łącznie ponad jedną trzecią. Dla tych ludzi celem nie jest praca na etacie. Emeryt po prostu dorabia do świadczenia, uczeń i student do 26. roku życia nie płaci z tytułu zlecenia składek społecznych, a obcokrajowiec często pracuje sezonowo i wiąże dostępność ze statusem pobytowym. Regulacja wypycha ich do szarej strefy, gdzie „bez zbędnych formalności” otrzymają nieoskładkowaną gotówkę do ręki.

Z szacunków Komisji Europejskiej dla całej Unii jasno wynika, iż roczne koszty platform wzrosną o kwotę od 1,87 do 4,46 mld euro, a dodatkowe wpływy podatkowe i składkowe państw członkowskich sięgną blisko 4 mld euro. Na tym tle wzrost zarobków samych przekwalifikowanych pracowników wypada wręcz symbolicznie, osiągając maksymalnie 484 mln euro. To oznacza, iż na każde jedno euro, które realnie trafi do kieszeni pracującego, firmy zapłacą około dziewięciu euro dodatkowych kosztów, z czego aż 8 euro pochłonie aparat państwowy.

Reakcję rynku już widzimy

Usługi dowozu i przejazdów działają na niskich marżach i przy wysokiej wrażliwości cenowej, w której podwyżka rzędu kilkunastu procent zmienia częstotliwość zamówień. Musimy przygotować się na droższe jedzenie z dowozem pośredników takich jak Pyszne.pl czy Glovo, wyższe rachunki za przejazdy Uberem, a w mniejszych miastach całkowite zniknięcie takich usług, bo tam gęstość zamówień nie pokryje kosztu stałego etatu dla pracowników.

Reakcję rynku już widzimy. Ze względu na rosnące koszty i ryzyka prawne w obliczu nowych przepisów, Pyszne.pl nie było w stanie utrzymać dotychczasowego modelu i zaledwie kilka dni po reformie PIP zapowiedziało rozstanie z 5 tys. kurierów. Ryzyko przymusowych etatów nie generuje stabilnej pracy. Generuje wysyp pośredników. Dokładnie to wydarzyło się w Hiszpanii. Po wprowadzeniu w 2021 r. restrykcyjnej Ley Rider Deliveroo wycofało się z tamtejszego rynku, Uber Eats i Just Eat zaczęły współpracę z agencjami pracy tymczasowej, a Glovo utrzymało samozatrudnienie i przyjęło z tego tytułu kary oraz pozwy.

WEI stoi na stanowisku, że:

  • ustawa musi zawierać jasny, zamknięty katalog przesłanek kierownictwa, oparty na ustalonych faktach, a nie na przypuszczeniach.
  • Po drugie, nikt nie powinien być wpychany na etat wbrew własnej woli, a prawo musi w pełni respektować swobodę umów. Ewentualne domniemanie powinno wchodzić w grę wyłącznie w skrajnych przypadkach pełnego, faktycznego podporządkowania pracownika, na przykład gdy platforma zakazuje mu pracy dla konkurencji lub stosuje system kar za odrzucenie zadania.
  • Po trzecie, o zmianie formy zatrudnienia powinien decydować niezawisły sąd, a nie urzędnik wydający decyzję z rygorem natychmiastowej wykonalności, przy czym 14-dniowy termin na obalenie domniemania jest zbyt krótki dla podmiotu obciążonego ciężarem dowodu. Przepisy nie mogą działać wstecz, a projekt musi wrócić do trwających trzy miesiące konsultacji, uzupełniony o ocenę skutków szacującą liczbę osób tracących zarobek oraz wpływ na ceny usług, wraz z klauzulą przeglądową po dwóch latach obowiązywania.

Elastyczna praca i bezpieczeństwo nie muszą się wzajemnie wykluczać. Część platform już teraz dobrowolnie oferuje swoim partnerom prywatne pakiety medyczne, ubezpieczenia następstw nieszczęśliwych wypadków czy szkolenia. Niestety sytuacja wygląda absurdalnie: jeżeli platforma chce dobrowolnie sfinansować kurierowi ubezpieczenie albo pakiet medyczny, urzędy z automatu traktują to jako dodatkowy przychód i natychmiast domagają się od tego składek.

Dopóki klin podatkowy w Polsce będzie tak wysoki i skrajnie nierówny dla poszczególnych umów, rynek zawsze będzie szukał tańszych rozwiązań

Ostatecznie jednak procedowany projekt ustawy to jedynie próba leczenia objawów. Prawdziwym problemem jest system regulacji, w którym platformy oferujące pracę muszą funkcjonować. Dopóki klin podatkowy w Polsce będzie tak wysoki i skrajnie nierówny dla poszczególnych umów, rynek zawsze będzie szukał tańszych rozwiązań. Lekarstwem nie jest nakładanie kolejnych nakazów, ale zrównanie i uproszczenie danin oraz odczuwalne obniżenie pozapłacowych kosztów pracy, co od dawna WEI postuluje w Agendzie Polska 2030.

Więcej: https://wei.org.pl/2026/aktualnosci/andrzejstrojny/stanowisko-przeciwko-rewolucji-za-wyborem-na-rynku-pracy/
https://www.gov.pl/web/rodzina/projekt-ustawy-platformowej-wpisany-do-wykazu-prac-legislacyjnych-rzadu-jeszcze-w-tym-tygodniu-trafi-do-konsultacji-publicznych
Idź do oryginalnego materiału