Są książki historyczne, po których człowiek wie więcej o przeszłości. Są też takie, po których zaczyna inaczej patrzeć na rzeczy, które wydawały mu się wcześniej oczywiste. „Ekonomia wojny. Od wikingów do Putina” należy do tej drugiej kategorii. To historia wojen opowiedziana nie z perspektywy generałów, bitew i przesuwających się po mapie armii, ale pieniędzy, handlu, podatków, instytucji i ekonomicznych interesów.
„Ekonomia wojny” nie jest podręcznikiem ekonomii ani kompletną historią konfliktów zbrojnych. To raczej seria świetnie dobranych historii, przez które autor próbuje pokazać inny sposób patrzenia na dzieje.
I jest to książka napisana (i przetłumaczona) świetnie. Autor posługuje się bardzo przystępnym językiem. Nie trzeba być ekonomistą ani historykiem, żeby ją czytać. Weldon pisze niemal jak autor dobrej powieści historycznej. W tym sensie przypomina Pawła Jasienicę, ale nie dlatego, iż stosuje podobny styl czy warsztat, ale dlatego, iż potrafi z historii zrobić opowieść, w której chce się wiedzieć, co będzie dalej. Zamiast wykładu dostajemy kolejne zagadki: dlaczego ktoś prowadził wojnę, skoro wojna była kosztowna? Dlaczego rabowanie przestało się opłacać? Dlaczego z kolei płacenie daniny (pozornie upokarzające) mogło być niezłym rozwiązaniem problemu? Dlaczego imperia budowały drogi i zapewniały bezpieczeństwo kupcom? I dlaczego wojna, która z definicji kojarzy się ze zniszczeniem, mogła czasami przyczyniać się do rozwoju gospodarczego?
To właśnie jest największy atut książki. Nie patrzymy na wojnę tylko jak na zniszczenie, ale również proces budowania państwa, instytucji, no i oczywiście siły militarnej.
Weldon proponuje czytelnikowi specyficzny eksperyment intelektualny. Czytając jego książkę, trzeba na chwilę odrzucić moralną ocenę wojny i przemocy. Nie dlatego, iż autor je usprawiedliwia. Przeciwnie – książka pokazuje przede wszystkim, iż jeżeli chcemy zrozumieć historię, musimy zobaczyć także ekonomiczne mechanizmy, które stały za przemocą albo napędzały tę przemoc. A ta opłacalność ekonomiczna i wpływ na instytucje to odkrycie co najmniej niepokojące. Wojna jest przecież złem, a rabunek pozostaje rabunkiem. Tymczasem u Weldona przemoc pojawia się momentami jako jeden z czynników budujących instytucje, zwiększających bezpieczeństwo handlu, wymuszających rozwój administracji czy przyspieszających powstawanie sprawniejszych państw.
To nie jest pochwała wojny. To opis paradoksu. Przez większą część historii ludzkości wojna nie zawsze oznaczała gospodarcze cofnięcie. Państwo, które chciało prowadzić wojny, musiało mieć podatki, administrację, system finansowy, kredyt, drogi, porty i zdolność do mobilizacji zasobów. Wojna wymuszała więc powstawanie instytucji, które później mogły służyć także pokojowi.
Dopiero nowoczesna wojna przemysłowa radykalnie zmieniła rachunek. Kiedy do konfliktu wchodzą masowa produkcja, kolej, przemysł ciężki, lotnictwo i broń zdolna niszczyć całe miasta, wojna zaczyna być przede wszystkim gigantycznym mechanizmem niszczenia kapitału i zasobów. Ale zanim do tego doszło, ekonomia wojny była znacznie bardziej skomplikowana. I te przykłady są fascynujące, bo zmieniają stereotypowe myślenie.

Wikingowie odkrywają, iż lepiej brać daninę niż palić
Jeden z najlepszych przykładów dotyczy Wikingów. W naszej pamięci wojownicy z Północy funkcjonują jako „eksperci od przemocy”, przede wszystkim rabusie, którzy przypływają, plądrują, zabijają i odpływają. Weldon pokazuje jednak kolejny etap tej historii. Z punktu widzenia napastnika można przecież dojść do bardzo racjonalnego wniosku – o ile co roku można dostać pieniądze za to, iż nie spali się miasta, to może lepiej nie palić miasta. Rabunek jest jednorazowy. Danina może być pobierana wielokrotnie.
A skoro ludność musi mieć z czego płacić, bardziej opłaca się pozostawić jej gospodarstwa, warsztaty, handel i infrastrukturę. Z czasem rabowanie ustępuje miejsca kontroli terytorium, pobieraniu danin i organizowaniu własnej administracji. Ale danina ma jeszcze dwa skutki. Wymusza podniesienie produktywności w danym miejscu, a także… nakręca koniunkturę. Bo „rabuś” często wydaje część okupu u miejscowych rzemieślników. Tak, to działało 1000 lat temu, ale w klasycznych książkach historycznych rzadko można o tym przeczytać.
To jeden z tych przykładów, które pozostają w głowie długo po przeczytaniu książki.
Mongołowie: imperium, które zapewniło bezpieczeństwo handlu
Jeszcze ciekawszy jest przykład imperium mongolskiego. W polskiej pamięci słowo „Tatarzy” kojarzy się przede wszystkim z najazdem, spalonymi miastami, uprowadzoną ludnością i zniszczeniem. Tymczasem Weldon pokazuje inną stronę mongolskiego podboju.
Kiedy Mongołowie stworzyli ogromne imperium rozciągające się od Europy Wschodniej i Krymu aż po Chiny, pojawiła się rzecz fundamentalna dla gospodarki, a mianowicie trwałe bezpieczeństwo na wielkich szlakach handlowych.
To brzmi paradoksalnie, bo imperium powstało dzięki przemocy, ale później jego interesem stało się ograniczenie przemocy na kontrolowanym terytorium. Kupcy musieli oczywiście płacić, ale w zamian mogli podróżować przez ogromny obszar podlegający jednej władzy. Weldon pokazuje więc mechanizm, który powtarzał się w historii wielokrotnie. Zdobywca, który początkowo niszczy, w pewnym momencie zaczyna mieć ekonomiczny interes w tym, żeby to, co zdobył, zaczęło działać.
I nagle Mongołowie przestają być wyłącznie barbarzyńcami z europejskiej kroniki. Stają się także twórcami systemu, w którym handel między odległymi częściami Eurazji mógł rozwijać się na skalę wcześniej trudną do osiągnięcia.
Ale bezpieczeństwo handlu z Chinami, to nie jest opowieść pod hasłem „i handlowali długo i szczęśliwie”. To właśnie Jedwabnym Szlakiem bezpiecznie przybyli do Europy chorzy, którzy przywlekli na genueńskim statku płynącym z Krymu do Europy Czarną Śmierć w XIV wieku.
Takich przykładów jest więcej i to jedna z największych wartości tej książki: niekoniecznie zmienia fakty, ale zmienia perspektywę, z której na nie patrzymy. Powiedzmy wprost, w jednym z rozdziałów mamy wielką pochwałę nepotyzmu. Tak, było to zjawisko skuteczne i pożądane w największej flocie świata.
Czy „czarownice” były ofiarami recesji?
Weldon próbuje narzędziami badającymi ekonomię wyjaśniać także szaleństwa przeszłości. Wprost stawia pytanie, czy nasilenie okrutnych polowań na czarownice (w XVI i XVII wieku) można częściowo powiązać z kryzysem gospodarczym i klimatycznym związanym z tzw. małą epoką lodową. Zimniejszy klimat oznaczał gorsze zbiory, głód, choroby i napięcia społeczne. W takich warunkach społeczności szukały winnych i widziały, iż mniej osób do wykarmienia to mniejszy kłopot społeczności. I pojawia się hipoteza, iż szczególnie podatną grupą były starsze kobiety – często znajdujące się na marginesie społeczności, biedne i pozbawione ochrony.
To znów nie jest proste „wyjaśnienie wszystkiego ekonomią”. I właśnie tutaj warto zachować dystans wobec Weldona. Ekonomiczne warunki mogą pomagać wyjaśnić, dlaczego dane zjawisko przybrało na sile, ale niekoniecznie tłumaczą wszystkie jego przyczyny. Strach, religia, przesądy, konflikty społeczne czy potrzeba znalezienia winnego są równie ważne.
Ale samo postawienie pytania jest z punktu widzenia publicystyki – znakomite.
Wojna buduje państwo
Najważniejsza teza książki jest jednak szersza. Przez stulecia wojna była jednym z najważniejszych powodów, dla których państwa musiały stawać się sprawniejsze. Armia kosztuje. Fortyfikacje kosztują. Flota kosztuje. Transport i zaopatrzenie kosztują. Państwo, które chce prowadzić długą wojnę, musi więc nauczyć się zbierać podatki, pożyczać pieniądze i zarządzać gospodarką.
W ten sposób konflikty przyczyniały się do rozwoju bankowości, długu publicznego, administracji czy systemów podatkowych.
To szczególnie interesująca obserwacja, bo odwraca tradycyjny sposób opowiadania historii. Zwykle myślimy na zasadzie – gospodarka finansuje państwo, a państwo prowadzi dzięki temu wojny. Weldon pokazuje, iż zależność działała również w drugą stronę: wojna zmuszała państwo do budowania gospodarczych instytucji, które później mogły napędzać jego rozwój.
Nie oznacza to oczywiście, iż wojna zawsze była „dobra dla gospodarki”. Oznacza raczej, iż historyczne relacje między wojną a rozwojem gospodarczym były znacznie bardziej skomplikowane niż zakładamy. Bo ekonomia jest znakomitym narzędziem do wyjaśniania zachowań ludzi i państw. Ale nie jest narzędziem uniwersalnym.
Czasami człowiek robi coś dlatego, iż mu się to opłaca. Czasami dlatego, iż wierzy w Boga, naród, imperium albo własną wielkość. Czasami dlatego, iż się boi. A czasami podejmuje decyzję, która z ekonomicznego punktu widzenia jest po prostu fatalna.
Widać to szczególnie wtedy, gdy Weldon zbliża się do współczesności i Putina. Ekonomia rosyjskiej wojny jest oczywiście niezwykle ważna: możliwości finansowania wojny, dochody z surowców, przemysł zbrojeniowy, sankcje, handel i odporność gospodarki mają ogromne znaczenie. Ale sama ekonomia nie wystarcza do wyjaśnienia, dlaczego wojna została rozpoczęta…
Zmienia kąt patrzenia. Na zawsze
To książka dla tych, którzy lubią historię, ale niekoniecznie lubią podręczniki historii. Dla ekonomistów może być ciekawym poszerzeniem perspektywy, dla historyków – prowokacją, a dla zwykłego czytelnika – po prostu bardzo dobrą opowieścią.
A po zamknięciu książki zostaje kilka pytań, których wcześniej prawdopodobnie sobie nie zadawaliśmy. I to jest chyba najlepsza rekomendacja dla książki historycznej.

1 godzina temu




