
Rządowa machina promocyjna przedstawia nową skalę podatkową jako epokową ulgę dla klasy średniej i tarczę chroniącą pensje przed inflacją.
Kiedy jednak odrzuci się polityczny lukier i zajrzy do oficjalnej Oceny Skutków Regulacji (OSR) projektu ustawy (druk sejmowy nr 3147), z ministerialnych tabel wyłania się transakcja wiązana. Aby zaoferować pracownikom na etacie maksymalnie 300 złotych miesięcznie, państwo zamierza w samym 2027 roku wyciągnąć ponad 5,5 miliarda złotych z kieszeni przedsiębiorców. Szacunek ten oparto na danych za 2024 rok, kiedy próg ten przekroczyło niemal 43 tysiące firm rozliczających się ryczałtem. Co więcej, w art. 5 ust. 2 projektu zaszyto otwarty szantaż legislacyjny.
Matematyka rządowej „ulgi”: 300 złotych zamiast przełomu
Projekt ustawy modyfikuje progi podatkowe: podnosi granicę pierwszego przedziału ze 120 do 130 tys. zł, wprowadza stawkę 24% dla dochodów między 130 a 150 tys. zł, a stawkę 32% przesuwa powyżej 150 tys. zł.
Wystarczy jednak policzyć, by zobaczyć, ile warta jest ta hojność:
- od części rocznego dochodu między 120 a 130 tys. zł podatnik zapłaci 12% zamiast dotychczasowych 32% – oszczędność 2000 zł;
- od części rocznego dochodu między 130 a 150 tys. zł zapłaci 24% zamiast dotychczasowych 32% – kolejne 1600 zł oszczędności.
Łączny roczny zysk dla etatowca w idealnym scenariuszu zamyka się w kwocie dokładnie 3 600 zł, czyli 300 zł miesięcznie. Podkreślam, iż jest to jednak korzyść maksymalna, zarezerwowana wyłącznie dla osób osiągających roczny dochód powyżej 150 tysięcy złotych opodatkowany według skali. Według rządowych wyliczeń z OSR średnia korzyść dla statystycznego pracownika na etacie wyniesie ok. 3 000 zł rocznie, czyli zaledwie 250 zł miesięcznie.
Ile zyskają przeciętnie zarabiający Polacy? Nic.
Sięgnąłem do komunikatu GUS, opublikowanego 7 października 2026 roku, według którego mediana wynagrodzeń w gospodarce narodowej za kwiecień 2026 roku wyniosła 7695 zł brutto miesięcznie. Pomnóżmy to przez 12 miesięcy i mamy 92 340 zł. Mediana oznacza, iż 50% pracujących zarabia poniżej podanej kwoty, drugie 50% – powyżej. To miara, która w kontekście zarobków lepiej odzwierciedla rzeczywistość rynkową bo nie pompuje wartości dochodu garstka krezusów. Co dla zarabiających te 92 tys. zł rocznie oznacza reforma podatków? Dokładnie nic.
Co więcej, w tym samym komunikacie GUS podano też średnią: 9651,59 zł brutto miesięcznie, czyli 115 819,08 zł w przeliczeniu na 12 miesięcy. Zauważcie: choćby średnia roczna pensja brutto, wyliczona z tego miesiąca (kwietnia 2026, bo z niego podaje dane GUS), nie osiąga dotychczasowego progu 120 tys. zł dochodu do opodatkowania. A przecież dochód podatkowy pracownika jest niższy od wynagrodzenia brutto.
Co to oznacza? Że pracownik otrzymujący przez cały rok choćby taką przeciętną pensję, bez innych dochodów opodatkowanych według skali, też nic nie zyska na przesunięciu progów PIT. I tu dochodzimy do największego paradoksu tej reformy. Pracownik zarabiający na poziomie krajowej mediany nie zyska na niej ani złotówki. Nie zyska również ten otrzymujący przeciętne wynagrodzenie. Tymczasem według rządowej Oceny Skutków Regulacji zmiana skali PIT uszczupli wpływy budżetowe aż o 10,2 miliarda złotych w 2027 roku, przynosząc korzyści około 3,5 miliona podatników. Skąd wziąć pieniądze na ulgę, która omija tak wielu pracujących Polaków? Ministerstwo Finansów znalazło odpowiedź. Zamiast szukać oszczędności we własnych wydatkach, postanowiło wystawić rachunek przedsiębiorcom.
Mała dygresja: proszę mieć na uwadze moje uproszczenie metodologiczne: przemnożenie kwietniowych wynagrodzeń przez 12 jest ilustracją, nie statystyką rzeczywistych rocznych zarobków. Ale to felieton, a nie analiza rynkowa. Chcę unaocznić holistyczny obraz zmiany, zamiast dołączać do chóru zachwyconych „rewolucją podatkową”.
Szantaż wpisany wprost do ustawy: art. 5 ust. 2
W trakcie konsultacji społecznych organizacje pracodawców – w tym Business Centre Club, Konfederacja Lewiatan i Krajowa Rada Doradców Podatkowych – apelowały o rozdzielenie projektu. Postulowano, aby obniżkę PIT procedować niezależnie, a destrukcyjne cięcia w ryczałcie i podwyżkę CIT poddać rzetelnej debacie gospodarczej.
Odpowiedź Ministerstwa Finansów była krótka. Resort odrzucił wszystkie uwagi, a w art. 5 ust. 2 projektu ustawy zapisał bezprecedensowy warunek: nowa skala PIT wejdzie w życie wyłącznie pod warunkiem jednoczesnego wejścia w życie przepisów ścinających ryczałt oraz wprowadzających 22% CIT dla największych firm.
Rząd postawił parlament i opinię publiczną pod ścianą: albo zaakceptujecie fiskalne uderzenie w przedsiębiorstwa, albo zablokujecie obniżkę podatków dla pracowników.
Kto naprawdę zapłaci ten rachunek?
Ceną za symboliczne ulgi na etacie jest znaczne obniżenie limitu przychodów dla ryczałtu ewidencjonowanego – z 2 milionów euro do zaledwie 250 tysięcy euro. Zgodnie z przepisami podatkowymi obowiązuje tu średni kurs NBP z pierwszego dnia roboczego października poprzedniego roku, czyli dla 2027 roku 4,3770 zł za euro (1 października 2026 r.). Oznacza to roczny limit 1 094 250 zł, czyli średnio 91 187,50 zł miesięcznego przychodu. Do tego dochodzi projektowana podwyższona stawka 17%, którą zostanie objęta nadwyżka przychodów przekraczających w trakcie roku 300 tysięcy euro, czyli 1 313 100 zł.
Rządowa narracja próbuje legitymizować ten krok hasłami o „walce z fikcyjnym samozatrudnieniem”. Jednak ministerialna tabela w OSR (druk 3147, strona 14) pokazuje strukturę podmiotów, które w 2024 roku przekroczyły próg 250 tys. euro:
- budownictwo: 12,7 tys. podatników,
- handel hurtowy i detaliczny: 6,3 tys. podatników,
- przetwórstwo przemysłowe: 4,2 tys. podatników,
- opieka zdrowotna i pomoc społeczna: 3,8 tys. podatników,
- działalność profesjonalna, naukowa i techniczna (w tym IT): 3,3 tys. podatników.
Wykluczenie z ryczałtu nie uderzy w każdą firmę jednakowo. Przy obrocie 1,2 mln zł i wysokich kosztach materiałów przedsiębiorca budowlany płacący 5,5% ryczałtu oddawał fiskusowi 66 tys. zł podatku. Po przymusowym przejściu na podatek liniowy (19% od dochodu) i odliczeniu realnych wydatków jego podatek może paradoksalnie spaść.
Najbardziej dotkliwie reformę mogą odczuć wysokomarżowe usługi profesjonalne: doświadczeni inżynierowie, architekci IT, doradcy biznesowi czy lekarze, u których koszty uzyskania przychodu są znikome.
Spójrzmy na wyliczenie dla przykładowego kontraktora B2B:
- przychód: 1 200 000 zł rocznie,
- koszty operacyjne: 50 000 zł rocznie,
- składki społeczne ZUS: ok. 21 000 zł rocznie,
- dotychczasowy ryczałt 12%: podatek i zryczałtowana składka zdrowotna pochłaniały łącznie ok. 159 tys. zł rocznie.
Po wykluczeniu z ryczałtu i przejściu na podatek liniowy ten sam przedsiębiorca zapłaci: 19% PIT (po odliczeniu ZUS i ustawowego limitu składki zdrowotnej, który w 2026 r. wynosi 14 100 zł), składkę zdrowotną 4,9% z ograniczoną możliwością odliczenia (pochłaniającą ponad 55 tys. zł) oraz 5% daniny solidarnościowej od nadwyżki dochodu ponad 1 mln zł. Łączne daniny wzrosną do ponad 275 tys. zł, co oznacza realną stratę przekraczającą 115 tysięcy złotych rocznie.
Utrata ryczałtu nie zmusza wprawdzie do prowadzenia pełnych ksiąg rachunkowych – próg pełnej księgowości wynosi 2,5 mln euro, więc przedsiębiorca trafia do Podatkowej Księgi Przychodów i Rozchodów (KPiR). Oznacza to jednak koniec z prostym rozliczaniem i powrót drobiazgowej ewidencji każdego kosztu. To zajmuje czas…
Życzeniowa symulacja Ministerstwa Finansów
W tabeli 14 OSR rząd z dumą wylicza prognozowane efekty fiskalne obcięcia ryczałtu: 5,544 mld zł w 2027 roku (3,348 mld zł z PIT i 2,196 mld zł ze składek zdrowotnych dla NFZ) oraz dodatkowy miliard złotych z daniny solidarnościowej w 2028 roku.
Tyle iż cała ta kalkulacja opiera się na kuriozalnym założeniu. Na stronie 17 OSR Ministerstwo Finansów wprost przyznaje:
„Założono, iż wszyscy podatnicy przekraczający limit zmieniają formę opodatkowania na podatek liniowy. Nie analizowano możliwego wybrania przez część podatników takich form opodatkowania jak np. przejście na CIT czy też tzw. CIT estoński”.
Resort założył, iż dziesiątki tysięcy najlepiej zarabiających przedsiębiorców w kraju bezczynnie zaakceptuje skokowy wzrost opodatkowania. Owszem, estoński CIT (ryczałt od dochodów spółek) nie jest automatyczną ścieżką dla wszystkich – wymaga przekształcenia w spółkę kapitałową, spełnienia kryteriów zatrudnienia oraz pilnowania rygorów dotyczących tzw. ukrytych zysków. Jednak przy perspektywie utraty ponad 100 tysięcy złotych rocznie dla wielu firm koszty obsługi spółki i reorganizacji biznesu staną się w pełni opłacalną alternatywą.
Rząd zaplanował wpływy budżetowe na papierze, ignorując realne zachowania rynkowe. Zamiast zapowiadanej stabilności prawa i standardu 6-miesięcznego vacatio legis, przedsiębiorcom funduje się przymus podejmowania strategicznych decyzji w kilka tygodni. Pod osłoną 300 złotych wyborczej ulgi dla etatu państwo po raz kolejny sięga głęboko do kieszeni tych, których praca i przedsiębiorczość napędzają polską gospodarkę.
Jeśli artykuł 5,5 miliarda z kieszeni przedsiębiorców za 300 złotych dla etatu. Rządowy druk 3147 pokazuje cynizm reformy podatkowej [felieton] nie wygląda prawidłowo w Twoim czytniku RSS, to zobacz go na iMagazine.

1 godzina temu






