Moralność Czarzastego. Zlikwidujmy śmieciówki, ale nie w Sejmie

3 dni temu

Włodzimierz Czarzasty zarządza instytucją, w której 174 osoby pracują na umowach cywilnoprawnych – 124 na zleceniach, 50 na dziełach. Jednocześnie publicznie deklaruje, iż będzie dążył do likwidacji umów śmieciowych. W co gra marszałek Sejmu?

Lewica forsuje projekt Agnieszki Dziemianowicz-Bąk, minister rodziny, pracy i polityki społecznej, który da inspektorom Państwowej Inspekcji Pracy (PIP) bezprecedensową władzę: będą mogli przekształcać umowy cywilnoprawne (na przykład umowy b2b lub zlecenia) w etaty. Arbitralnie, bez pytania o zdanie przedsiębiorcy czy pracownika. W dużym uproszczeniu: „śmieciówki” to zło i trzeba je zlikwidować.

Jednym z największych entuzjastów tego projektu jest Włodzimierz Czarzasty, marszałek Sejmu i lider Nowej Lewicy.

– Chcę jasno powiedzieć, popieram ten kierunek. Uważam, iż nieuczciwie wprowadzane śmieciówki to jest zło, z którym trzeba walczyć – mówił kilka tygodni temu, podczas konferencji „Na przełomie wieków” z okazji 107-lecia PiP Włodzimierz Czarzasty, podkreślając, iż inspekcja powinna dbać o interesy ludzi pracy.

– Zwiększenie uprawnień Państwowej Inspekcji Pracy i możliwość zamiany, jeżeli są nieuczciwie przepisy stosowane, ze śmieciówki na umowę o pracę ma duże poparcie w społeczeństwie – tłumaczył Czarzasty.

Moralność Czarzastego

Kancelaria Sejmu, która podlega Czarzastemu, zatrudnia 174 osoby na umowach cywilnoprawnych, uznając to za dodatkową formę zatrudniania współpracowników, komplementarną w stosunku do umowy o pracę. Takie formy są tam stosowane m.in. w przypadku wykonywania prac okresowych w zależności od bieżących potrzeb, np. podczas posiedzeń Sejmu.

Z naszych informacji wynika, iż w ciągu ostatnich 12 miesięcy nie było przekształceń takich umów.

Innymi słowy: Lewica planuje zakazać tego, co sama stosuje w zarządzanych przez siebie instytucjach.

Dwa światy, dwa prawa

Projekt reformy Państwowej Inspekcji Pracy nie przewiduje grama zaufania do przedsiębiorców. Inspektor nie będzie rozważał „komplementarności” czy „charakteru prac okresowych”. Dostanie władzę do jednostronnej decyzji, która może zrujnować model biznesowy firmy z dnia na dzień.

Gdyby inspektor z uprawnieniami z projektu Nowej Lewicy przyszedł dziś do Kancelarii Sejmu, mógłby zakwestionować każdą ze 174 umów. Mógłby arbitralnie zadecydować, iż wszyscy – począwszy od stenotypistów, na ekspertach skończywszy – powinni dostać umowę o pracę.

Efekt: tegoroczny budżet Kancelarii Sejmu (rekordowe 904,5 mln zł!) musiałby zostać powiększony – lekką ręką licząc – o jakieś pół miliona złotych. Dla marszałka Czarzastego to pewnie bułka z masłem, dla średniej polskiej firmy – masakra.

Jak w cyrku

Jeśli umowy cywilnoprawne w instytucji państwowej są usprawiedliwione charakterem prac – dlaczego inspektor PIP nie ma brać tego pod uwagę w firmach prywatnych? jeżeli Kancelaria Sejmu pod rządami polityka z Nowej Lewicy przez cały czas zatrudnia pracowników w oparciu o umowy zlecenia – dlaczego polski biznes ma być objęty administracyjnym przymusem?

Czarzasty mówi: „nieuczciwie wprowadzane śmieciówki to zło”. Ale sam zarządza instytucją, która zatrudnia 174 osoby na takich samych umowach. Lewica chce „zlikwidować umowy śmieciowe” – ale tylko poza murami Sejmu.

Bez uczciwego rozliczenia własnych praktyk reforma PIP wygląda nie jak ochrona pracowników, ale jak ideologiczny projekt oparty na podwójnych standardach. Sejm może zatrudniać na zleceniach. Reszta Polski dostanie zakaz.

Krótko mówiąc: kto w Sejmie pracuje, ten w cyrku się nie śmieje…

WUS/BA/Amelia Susajew

Idź do oryginalnego materiału