Stanowisko Warsaw Enterprise Institute w sprawie nałożenia opłaty reprograficznej na urządzenia elektroniczne.
Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego podpisała rozporządzenie nakładające opłatę reprograficzną na kolejne urządzenia, w tym powszechnie używane telefony, tablety, komputery i laptopy. Nowe przepisy wejdą w życie po sześciu miesiącach od ich publikacji w Dzienniku Ustaw. Warsaw Enterprise Institute stanowczo sprzeciwia się tym regulacjom. Opłacanie rekompensat za samo domniemanie kopiowania utworów to w erze streamingu całkowity archaizm oraz forma podwójnego obciążania konsumentów za dostęp do legalnych treści. Uważamy również, iż nakładanie tak szerokich obciążeń finansowych na wszystkich obywateli dzięki rozporządzenia omija proces ustawowy, co budzi poważne zastrzeżenia konstytucyjne i stanowi kolejną próbę łatania dziury budżetowej przy pomocy ukrytych podatków.
Zgodnie z podpisanym rozporządzeniem nowa opłata obejmie niezwykle szeroki katalog współczesnej elektroniki. Na liście znalazły się nie tylko telefony, tablety i laptopy, ale również komputery stacjonarne, telewizory, dekodery i cyfrowe odtwarzacze audio i wideo. Stawka daniny wyniesie 1 procent od ceny netto każdego nowo zakupionego urządzenia. Ministerstwo szacuje, iż ta zmiana przyniesie potężne wpływy rzędu od 150 do 200 milionów złotych rocznie. Zebrane w ten sposób pieniądze mają sfinansować składki emerytalne i zdrowotne dla twórców, którzy pracując na umowach o dzieło, pozostają poza standardowym systemem ubezpieczeń społecznych.
Co do zasady opłata reprograficzna powstała po to, aby zrekompensować twórcom ewentualne straty wynikające z prywatnego kopiowania ich utworów. Mechanizm ten miał praktyczne uzasadnienie kilkadziesiąt lat temu, kiedy rzeczywiście masowo przegrywaliśmy muzykę czy filmy na kasety oraz płyty. Dzisiaj jednak zmieniło się wszystko. Pamięć naszych telefonów, dysków czy komputerów służy przede wszystkim do odtwarzania treści z legalnych źródeł oraz przechowywania naszych własnych danych roboczych i prywatnych zdjęć. Zrównywanie nowoczesnych telefonów z narzędziami do powielania pirackich dzieł jest całkowitym niezrozumieniem tego, jak funkcjonuje dziś świat cyfrowy.
Należy także zaznaczyć, iż opłata reprograficzna nie jest zwykłym wynagrodzeniem za korzystanie z utworu. Zebrane pieniądze wcale nie trafią bezpośrednio do szerokiego grona artystów, ale zasilą konta organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi, jak na przykład ZAiKS. Z tej puli ma być następnie finansowany system ubezpieczeń społecznych dla artystów pracujących jako wolni strzelcy[1]. Widzimy tu wyraźnie prawdziwy cel regulacji. Zamiast sfinansować wycinkowy system świadczeń socjalnych z budżetu państwa, władza próbuje przerzucić ten ciężar na całe społeczeństwo w postaci ukrytego podatku od elektroniki.
Co gorsza, według nowej regulacji nie ma żadnego znaczenia, czy kupujesz komputer wyłącznie do pracy biurowej, dysk zewnętrzny do backupu danych firmowych, czy prosty telefon dla starszej osoby tylko po to, aby mogła dzwonić. W każdym z tych przypadków zostaniesz zmuszony do zapłacenia swoistej „rekompensaty”, tak jakbyś już skopiował setki utworów. To rażąca niesprawiedliwość. Większość z nas na co dzień korzysta z legalnych platform takich jak Spotify, Netflix czy Amazon Prime. Płacimy tam regularne abonamenty, z których potężne środki płyną prosto do artystów. Narzucanie nam dodatkowej daniny za sam zakup narzędzia dostępu do usług, za które i tak płacimy, jest niczym innym jak podwójnym opodatkowaniem. Musimy mieć przy tym świadomość, iż chociaż formalnie opłatę tę odprowadzą producenci i importerzy elektroniki, to cały ostateczny koszt tej operacji zapłacimy my, widząc wyższe ceny w sklepach.
Kluczowym problemem, którego nie można zignorować, jest sam tryb wprowadzenia nowej opłaty. Zgodnie z artykułem 217 Konstytucji RP[2] wszelkie nakładanie podatków i innych danin publicznych, a także określanie ich podmiotów i stawek, musi następować w drodze ustawy. Tymczasem opłata, która w praktyce staje się powszechnym podatkiem od elektroniki, zostaje nam narzucona jedynie z poziomu ministerialnego rozporządzenia. Dokument ten został wydany na podstawie dawno nieaktualnych realiów Ustawy o prawie autorskim z 1994 roku. Ministerstwo poszerzyło w nim listę opodatkowanych nośników o aż kilkanaście grup najnowocześniejszego sprzętu. To działanie wychodzi niezwykle daleko poza pierwotny zakres ustawy. Nakładanie powszechnej daniny finansowej na miliony Polaków z całkowitym pominięciem transparentnego procesu ustawowego uderza w zasady stanowienia prawa.
Zwolennicy opłaty często zasłaniają się prawem Unii Europejskiej. Warto jednak wyraźnie podkreślić, iż unijna Dyrektywa InfoSoc wcale nie narzuca państwom jednego, sztywnego modelu wsparcia twórców.[3] Dowodem na to są choćby Irlandia, Luksemburg czy Cypr. Kraje te w ogóle nie wdrożyły systemu opłat od urządzeń elektronicznych. Ich argumentacja była prosta i logiczna: w dobie powszechnego streamingu szkody ponoszone przez twórców z tytułu „prywatnego kopiowania” są marginalne, a wręcz zerowe. Z kolei w państwach takich jak Finlandia czy Norwegia świadomie zrezygnowano z karania konsumentów ukrytą daniną podnoszącą ceny sprzętu. Wprowadzono tam jasny i przejrzysty model wsparcia, w którym ewentualne rekompensaty wypłacane są artystom bezpośrednio ze środków budżetu państwa.
Warsaw Enterprise Institute niezmiennie stoi na stanowisku, iż rozszerzanie i reanimowanie tego anachronicznego mechanizmu jest błędem. System w obecnej formie to zaledwie sztuczne i niepotrzebne obciążenie dla konsumentów i całej polskiej gospodarki. Współczesny wolny rynek, dzięki cyfrowych subskrypcji, potrafi dziś sprawnie i w pełni dobrowolnie wynagradzać artystów za ich pracę. Rząd nie może i nie powinien finansować wycinkowych problemów konkretnej grupy zawodowej poprzez tworzenie ukrytych podatków i zrzucanie kosztów na całe społeczeństwo.
Więcej na temat patologii publicznego finansowania kultury oraz argumentów za wolnorynkowymi modelami jej finansowania przedstawimy, w naszej publikacji pt. „Czy kultura może być finansowana na wolnym rynku?”.
[1] W polskim systemie prawnym od standardowej umowy o dzieło nie odprowadza się składek na ubezpieczenia społeczne i zdrowotne (czyli potocznie mówiąc: nie płaci się ZUS-u). Wielu muzyków, pisarzy, rzeźbiarzy czy aktorów pracuje od projektu do projektu, zarabiając wyłącznie na podstawie umów o dzieło czy przeniesienia praw autorskich. Nie mają etatów w teatrach czy wydawnictwach, nie prowadzą też jednoosobowych działalności gospodarczych, co w praktyce oznacza, iż nie mają ubezpieczenia zdrowotnego (nie mogą pójść na NFZ) ani nie odkładają na emeryturę
[2] Art. 217. Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej: Nakładanie podatków, innych danin publicznych, określanie podmiotów, przedmiotów opodatkowania i stawek podatkowych, a także zasad przyznawania ulg i umorzeń oraz kategorii podmiotów zwolnionych od podatków następuje w drodze ustawy.
[3] Dyrektywa 2001/29 o harmonizacji niektórych aspektów praw autorskich i pokrewnych w społeczeństwie informacyjnym, https://eur-lex.europa.eu/legal-content/PL/TXT/?uri=CELEX:32001L0029

1 dzień temu







