Przeterminowany zestaw regulacji skazuje rząd na wieczną wojnę z biznesem i pracownikami, szkodzi też konsumentom. Może już czas wyrzucić 52-letni, pełen anachronizmów kodeks pracy na bruk – pisze Sebastian Stodolak, wiceprezes WEI dla Dziennik Gazeta Prawna.
Bareja by się uśmiał. Oto w 2026 r. w polskim prawie funkcjonuje zapis: „Pracownikom, którzy przez wzorowe wypełnianie swoich obowiązków, przejawianie inicjatywy w pracy i podnoszenie jej wydajności oraz jakości przyczyniają się szczególnie do wykonywania zadań zakładu, mogą być przyznawane nagrody i wyróżnienia”.
To art. 105 kodeksu pracy, który w niezmienionej formie przetrwał od czasu uchwalenia w 1974 r. Zabawne jest nie tylko to, iż prawodawca wspaniałomyślnie przyznał firmom prawo do nagradzania pracowników, ale także anachroniczny z dzisiejszej perspektywy język zapisu. Sformułowania, jak „podnoszenie wydajności pracy” czy „wykonywanie zadań zakładu” pasują do pracownika fabryki realizującej normy kolejnej pięciolatki, a nie do nowoczesnych przedsiębiorstw.
Kodeks pracy pełen jest takich anachronizmów i z każdym rokiem jego zapisy coraz bardziej rozmijają się z rzeczywistością. Kolejne rządy, próbując nagiąć tę rzeczywistość do przeterminowanego prawa, skazują się na wojnę z przedsiębiorcami, pracownikami i konsumentami. Czas naszego 52-latka zwolnić tak, jak zrobiły to ze swoim starym, komunistycznym ustawodawstwem pracy adekwatnie wszystkie unijne kraje regionu.
Państwo na straży diety
Nie chodzi o wolną amerykankę, bo idea stojąca za kodeksem pracy, czy po prostu prawem pracy, jest, jak się wydaje, zbożna. Pozycja pracodawcy jest w relacji z pracownikiem silniejsza – to on wypłaca pensje i może pracownika zwolnić. Pracownik potrzebuje swoistej tarczy ochronnej, która uniezależni go od widzimisię pracodawcy i wprowadzi w ich relację stabilność i przewidywalność. Ponadto ze świadczeniem stosunku pracy wiąże się wiele złożonych kwestii, które warto ujednolicić tak, by wszyscy pracownicy byli traktowani podobnie. Do tych założeń trudno się przyczepić – przynajmniej na tak dużym poziomie ogólności brzmią sensownie. Stabilność i równość wobec prawa – co w tym złego?
Diabeł tkwi w szczegółach, a kodeks pracy jest bardzo szczegółowy i – jak zwraca uwagę prof. Arkadiusz Sobczyk, prawnik z Uniwersytetu Jagiellońskiego – służy nie tylko uporządkowaniu relacji pracodawca–pracownik, ale także realizacji polityki społecznej i redystrybucji dochodu narodowego.
Problem w tym, iż gospodarka to nie jest struktura stała. To organizm ewoluujący, który gwałtownie wyrasta z kaftanów nakładanych na nią przez prawo. jeżeli prawo nie zmienia się równolegle do niej albo jeżeli nie daje tej zmienności odpowiedniej przestrzeni, tworzą się systemowe, nieusuwalne napięcia. Zapisy prawne, które w jednych realiach się sprawdzają, w innych są zbędne lub choćby szkodliwe. I niestety takich zapisów właśnie pełen jest polski kodeks pracy.
Najbardziej rzucającą się w oczy jego cechą jest objętość. Ujednolicona wersja kodeksu liczy 190 str. i 305 artykułów (w tym uchylone) zawartych w 15 działach. Tak wielka ich liczba oznacza skomplikowanie, brak przejrzystości i interpretacyjną niepewność. Dodatkowo kodeks nieustannie się zmienia. Od uchwalenia był nowelizowany ponad 100 razy. Tyle iż zmiany te w większości nie są reformami – to zwykle dokładanie kolejnych warstw przepisów. Co podnosi koszty transakcyjne. Utrudnia sprawę, zamiast ułatwiać.
Zapisom kodeksu daleko do doskonałości. Problematyczne są np. przepisy dotyczące odpowiedzialności materialnej pracowników za powierzone mienie, bo wprowadzają w pewnych określonych warunkach możliwość egzekwowania odpowiedzialności zbiorowej – charakterystycznej dla minionego systemu. jeżeli np. magazyn znajduje się pod pieczą pięciu osób i coś z niewyjaśnionych przyczyn z niego zniknie, to teoretycznie firma może żądać naprawienia szkody od nich wszystkich. Anachroniczne jest także uregulowanie systemu kar porządkowych. Kodeks przewiduje trzy instrumenty: upomnienie, naganę i karę pieniężną. Lista jest zamknięta. Rezultat? Pracodawca nie może swobodnie kształtować innych, proporcjonalnych środków reakcji, choćby jeżeli byłyby łagodniejsze i dopasowane do konkretnej sytuacji.
Ciekawe są także uregulowania dotyczące posiłków profilaktycznych. Sama idea jest w porządku, bo człowiek wykonujący ciężką pracę fizyczną w zimnie winien mieć zapewnione odpowiednie warunki. Tyle iż państwo próbuje tu firmą mikrozarządzać i schodzi do poziomu niemal jadłospisu. Przepisy – określane już mocą rozporządzenia wykonawczego – definiują choćby progi wydatku energetycznego, a także makroskładniki posiłku. Taki posiłek powinien mieć ok. 1 tys. kilokalorii, z czego 50–55 proc. powinny stanowić węglowodany, 30–35 proc. tłuszcze, a 15 proc. białka. Ciekawe, jaki dietetyk podpowiedział ustawodawcy w 1996 r. tak konkretne proporcje?
Garnitur z pierwszej komunii
Anachronizmy w kodeksie pracy są nie tylko zabawne, ale także szkodliwe. Zmuszają firmy do tworzenia zbędnych dokumentów, prowadzenia ewidencji, organizowania procedur oraz konsultacji albo do utrzymywania instytucji, których praktyczny sens dawno się rozmył. Najbardziej szkodliwe jest nakazywanie dorosłym ludziom noszenia garniturów z pierwszej komunii i sukienek z balu maturalnego.
Bo tym jest przestarzała definicja pracy etatowej, którą kodeks chce egzekwować od firm. Uwagę na to zwracał w swoim lipcowym felietonie redaktor naczelny DGP Tomasz Pietryga, komentując wejście w życie przepisów dających Państwowej Inspekcji Pracy prawo do zamieniania umów cywilnoprawnych oraz kontraktów B2B na etaty, jeżeli uzna, iż spełnione są ku temu przesłanki zdefiniowane w art. 22 kodeksu pracy. Pietryga streszcza ten zapis: „Mówi on (w uproszczeniu), iż o ile ktoś pracuje jak pracownik – ma szefa, wyznaczony czas i miejsce pracy, polecenia, obowiązki, otrzymuje wynagrodzenie – to jest pracownikiem z mocy prawa, choćby jeżeli podpisano coś innego. (…) Nazwa umowy nie ma znaczenia, bo liczy się rzeczywistość, a nie papier. Pytanie jednak, o jaką rzeczywistość chodzi: tę zadekretowaną w kodeksie czy tę, którą mamy za oknem?”.
Odpowiedź: niestety, o tę zadekretowaną. Kodeks pracy definiuje etat tak, jakby wszyscy zatrudnieni w gospodarce pracowali w fabryce śrub. Czytając jego zapisy oczyma wyobraźni widzimy brygadzistę i listę obecności. I oczywiście nad bramą zakładu obowiązkowo czerwony transparent: „Wydajniejsza praca każdego – lepsze warunki życia wszystkich”. Tyle iż współczesny pracownik może mieszkać w Tychach, pracować dla firmy z Warszawy, codziennie rozliczać się mobilnie i przez pół roku nie zobaczyć człowieka, który formalnie jest jego przełożonym. Dzisiaj praca, choćby etatowa, to często laptop i termin wykonania, a nie miejsce i czas.
Cały teskt dostępny jest TUTAJ.

2 godzin temu




