Aby płacić mniejsze podatki, pracownik musiałby mniej zarabiać, co nie jest przecież jego celem, albo mocno kombinować, uciekając do szarej strefy. Ale już państwo, aby ściągnąć wyższe daniny, nie musi wcale podnosić podatków, co zawsze jest źle odbierane. Wystarczy, iż zamrozi progi podatkowe, o czym już tyle się nie mówi. Teoretycznie nic się nie zmienia, w praktyce ludzie zarabiają mniej, a budżet ich kosztem zyskuje.
Dla lepiej zarabiających krytyczna jest końcówka roku. Gdy planują już świąteczne wydatki, Nowy Rok w górach lub w tropikach, na konto wpada sporo niższa wypłata. To nie wina szefa, który też ma zwiększone potrzeby, ale systemu, w którym od progu 120 000 zł rocznie państwo ściąga już nie 12, ale 32 proc. podatku dochodowego PIT. To bardzo znacząca progresja, mniejsza wypłata – i to w newralgicznym okresie roku. A iż wynagrodzenia rosną, problem dotyka coraz większej liczby Polaków. W 2022 r. w wyższy podatek wpadało 3 proc. pracowników, rok później 5 proc., w 2024 r. było to już 8 proc., a teraz dotknie prawdopodobnie około 10 proc. zatrudnionych. Problem dotyczy już 2 mln osób. Ciężko pracują na swoje podwyżki, państwo im je zabiera.
Nic więc dziwnego, iż różne środowiska, w tym polityczne, upominają się o podniesienie progu podatkowego, logicznie pokazując, jak przez te cztery lata rosła inflacja, a w ślad za nią – a choćby szybciej – rosły wynagrodzenia Polaków. Szacuje się, iż za 2–3 lata wyższe podatki zaczną płacić osoby zarabiające… średnią krajową. Niestety nic nie wskazuje na to, żeby rządzący przyjęli te argumenty, a tym bardziej dokonali korekty progu.
W odpowiedzi na interpelację poselską Ministerstwo Finansów poinformowało, iż w sprawie postulatów podwyższenia progu podatkowego adekwatnego dla stawki 32 proc. „nie prowadzi prac mających na celu realizację tego pomysłu ani nie planuje ich zainicjowania w najbliższej przyszłości”. To nie pazerność ministra Domańskiego. Resort ma swoje argumenty: stan finansów publicznych, nałożona na Polskę procedura nadmiernego deficytu, a choćby orzecznictwo Trybunału Konstytucyjnego. Można jednak wątpić, czy przekonają one klasę średnią, obciążoną wyższą daniną. O klasie wyższej choćby nie warto wspominać. Ta od 2019 roku płaci dodatkowe 4 proc. podatku w postaci daniny solidarnościowej od dochodu powyżej 1 mln zł. Ktoś powie: „na biednego nie trafiło”. Polemika jest bez sensu. Tym, którzy powtarzają ten slogan, trzeba życzyć finansowych sukcesów.
To przejdźmy do ludzi rzeczywiście biednych. Tym państwo idzie na rękę, wprowadzając kwotę wolną od podatku. Od stycznia 2022 r. wynosi ona 30 tys. zł, co powoduje, iż wynagrodzenie do kwoty 2,5 tys. miesięcznie jest nieopodatkowane. Ale znowu przypomnijmy, jak dużą przez te cztery lata mieliśmy inflację – zamrożenie progu realnie skutkuje więc większymi podatkami choćby dla mało zarabiających. Obecna władza miała próg podnieść, ale tego nie zrobiła. I pewnie nie zrobi, z powodów jak wyżej. Chyba iż tuż przed wyborami – wbrew ekonomicznej racjonalności, ale licząc na polityczną premię.
I jeszcze jeden przykład „mrożenia”. Od 2018 r. przychody z najmu nieruchomości ujęto w skalę podatkową: 8,5 proc. do 100 tys. przychodu, 12,5 proc. powyżej tej kwoty. Przez te 8 lat ceny najmu, np. w Warszawie, wzrosły o ok. 50 proc. Przy czym nie oznacza to, iż dla właścicieli o tyle wzrosła rentowność. Wzrost cen mieszkań, opłat administracyjnych i remontów spowodował, iż po stronie zysków prawie nic się nie zmieniło. Prawie, bo coraz więcej ludzi płaci już wyższy podatek od swoich inwestycji w „betonowe złoto”.
Mimo powszechnych narzekań jedynie w systemie emerytalnym mamy jakąś sprawiedliwość. Emerytury nie są mrożone, ale corocznie waloryzowane nie tylko o wskaźnik inflacji, ale i o 20 proc. realnego wzrostu wynagrodzeń. Co więcej, waloryzowany jest kapitał zgromadzony na indywidualnych kontach przyszłych emerytów. Do tego systemu państwo musi dopłacać, co czyni go wadliwym, ale przynajmniej seniorzy mogą mieć poczucie, iż państwo dochowuje zawartej z nimi społecznej umowy i nie zabiera im tego, co przez lata pracy odprowadzili do ZUS. Co prawda i tu powraca temat zamrożonej kwoty wolnej od podatku, ale i tak nie jest źle, jak na nasze standardy.
Czy wynika z tego wniosek, iż wszystkie świadczenia i progi powinny być waloryzowane? Dobrze by było – w idealnym świecie tak to powinno wyglądać. Problem w tym, iż nasz świat to 289 mld dziury budżetowej, starzejące się społeczeństwo i rosnące wydatki na obronność. A więc brak szans, by taki postulat gwałtownie zrealizować. Co więc można zrobić w tych realiach budżetowych, aby ludzie nie mieli poczucia, iż państwo ich oszukuje i nie docenia ich finansowych sukcesów? Tak, nie docenia pracownika korporacji, który dokształcał się i harował po godzinach, by dostać awans i podwyżkę, którą państwo mu zabiera wyższym progiem podatkowym. Nie docenia drobnego inwestora w nieruchomości i zamrożonym progiem „karze” go za to, iż swoją pracą zarobił na mieszkania, które przecież nie stoją puste, tylko służą tym, którzy są na dorobku.
Jedyne rozwiązanie to likwidacja lub mocne ograniczenie progresji podatkowej. A iż od tego w budżecie pieniędzy znowu ubędzie, to niestety trzeba je ściągnąć od mniej zarabiających – i tak „rozpieszczanych” przez państwo ciągłą podwyżką płacy minimalnej (tu stawek się jakoś nie mrozi, chociaż w większości koszt spada na prywatnych przedsiębiorców). Nie 12 i 32 proc., tylko gdzieś pośrodku, bliżej pierwszego progu, i z mniejszą kwotą wolną, bo jej aksjologiczne uzasadnienie jest co najmniej wątpliwe. Do tego coroczna waloryzacja, przynajmniej o inflacje.
A może jeszcze prościej i konkretniej: PIT 15 proc., jak proponował Donald Tusk… 21 lat temu.
Felietony publikowane na naszej stronie przedstawiają poglądy autora, a nie oficjalne stanowisko Warsaw Enterprise Institute.

1 dzień temu






