W kolejnym wywiadzie z cyklu „Prawnicy z pasją” naszym gościem jest dr Wojciech Rożdżeński – laureat nagrody specjalnej konkursu „Rising Stars Prawnicy – Liderzy Jutra 2025”, ekspert prawa medycznego, farmaceutycznego oraz prawa własności intelektualnej, zaangażowany w szeroko pojęte doradztwo dla sektora life sciences, który opowiada o społecznej roli zawodu, edukacji prawnej, rynku ochrony zdrowia, nowych technologiach oraz odpowiedzialności ekspertów za publiczne zabieranie głosu.
Zachęcamy do lektury tej inspirującej rozmowy o nowoczesnym podejściu do zawodu prawnika.
***
Dzień dobry, dziękujemy za przyjęcie zaproszenia do rozmowy. Na wstępie, serdecznie gratulujemy nagrody specjalnej w konkursie „Rising Stars Prawnicy – liderzy jutra 2025” za wykraczanie poza tradycyjną rolę prawnika oraz zaangażowanie w działalność pro bono i rozwój standardów państwa prawa. To niewątpliwie powód do dumy. Jak zatem w ogóle zaczęła się Pana zawodowa przygoda z prawem? Co zadecydowało o wyborze studiów prawniczych?
Dzień dobry, bardzo dziękuję – to było dla mnie rzeczywiście duże wyróżnienie, tym bardziej iż nagroda dotyczyła czegoś, co traktuję nie jako dodatek do kariery, ale jako jej integralną część.
Dlaczego prawo? Chciałem studiować kierunek, który ma realne przełożenie na świat poza uczelnią – gdzie decyzja, interpretacja, argument przekładają się na konsekwencje dla konkretnych ludzi. Prawo to spełnia w sposób, który trudno przecenić.
W trakcie studiów prawniczych przez rok pogłębiał Pan swoją wiedzę na Uniwersytecie w Glasgow w Szkocji. Czy coś z tego systemu edukacji prawniczej przeniósłby Pan na polski grunt? Co dało Panu to doświadczenie i czy poleciłby Pan młodszym kolegom i koleżankom korzystanie z takich możliwości kształcenia za granicą?
Brytyjski system kształcenia różni się od polskiego w kilku istotnych aspektach. Dla mnie najcenniejsze były tutoriale – małe grupy, dużo samodzielnej pracy, obowiązkowe lektury i zadania do rozwiązania przed zajęciami. Prowadzący traktował studenta jak rozmówcę, nie odbiorcę wiedzy – to ogromna różnica w stosunku do modelu, który wciąż dominuje na wielu polskich uczelniach. Do tego wyjazd dał mi doświadczenie pracy w systemie common law, co ukształtowało moje myślenie porównawcze na lata. Polecam takie wyjazdy bezwzględnie – pozwalają myśleć o własnym systemie świadomiej.
Doktorat z prawa oraz studia z filozofii i bioetyki to wybór wykraczający poza standardową ścieżkę kariery prawnika. Dlaczego zdecydował się Pan połączyć te dziedziny? Czy filozoficzne spojrzenie realnie zmienia sposób, w jaki podchodzi Pan do rozwiązywania problemów prawnych?
Bo prawo medyczne bez bioetyki jest niepełne. Nie da się dobrze zrozumieć tej gałęzi prawa bez dobrego zrozumienia, skąd wzięły się takie regulacje, skąd wynikają one historycznie, ani jaki jest ich cel. Zajmując się tą dziedziną należy mieć na uwadze fundamentalne wartości – autonomię, zgodę, granice ingerencji w ciało człowieka. Prawo daje narzędzia formalne, filozofia i bioetyka – język i kategorie umożliwiające rozumienie tego, co się reguluje. W praktyce ta kombinacja oznacza, iż kiedy analizuję sprawy sądowe, nowe przepisy, albo jestem proszony o doradztwo przy tworzeniu nowych regulacji, to patrzę na to nie tylko przez pryzmat literalnej zgodności z przepisami, ale też czy to jest w ogóle słuszne i spójne aksjologicznie, w świetle aktualnej dyskusji bioetycznej. To inne pytania, a w prawie medycznym – kluczowe.
Po latach nauki sam stanął Pan po drugiej stronie katedry jako wykładowca akademicki, prowadząc zajęcia z prawa cywilnego oraz prawa medycznego dla studentów. Co najciekawszego w rozwoju osobistym i zawodowym dało Panu to doświadczenie?
Przede wszystkim – bardzo dużą satysfakcję. Przekazywanie wiedzy w przystępny i interesujący sposób to niełatwe zadanie. Natomiast kiedy widzi się, iż student jest zainteresowany tym, co mówimy, oraz zaczyna rozumieć określoną instytucję prawną nie dlatego, iż ją tylko zapamiętał, ale dlatego, iż ją zrozumiał – to moment, który trudno zastąpić czymś w – powiedzmy standardowej – pracy prawniczej. Jednocześnie, ucząc prawa, czuję, iż mam wpływ na jego stosowanie przez przyszłych praktyków. Pozwala to przekazywać określone wartości, a przez to – pośrednio – kształtować, jak prawo będzie aplikowane, formowane i jak będzie wpływać na życie społeczne.
Z drugiej strony, praca dydaktyczna bardzo dobrze ćwiczy precyzję i klarowność przekazywania myśli. Słuchacze od razu wychwycą niejasność. To bardzo skuteczna metoda rozwijania intelektualnej dyscypliny. Takie ćwiczenie oczywiście bardzo pomaga w pracy, gdzie jasna komunikacja jest kluczowa.
Zawodowo zajmuje się Pan prawem medycznym, farmaceutycznym, ale także prawem własności intelektualnej. To dość specjalistyczne dziedziny, a wybór ten prawdopodobnie nie był przypadkowy. Dlaczego zdecydował się Pan na pracę akurat w tych obszarach?
Na płaszczyźnie naukowej najbardziej interesują mnie dwie pierwsze z tych dziedzin. Wybrałem je, bo czułem, iż dotykają one czegoś głębszego, pewnych wartości. Nie chciałem się zajmować czymś, co by polegało na mechanicznym stosowaniu przepisów. A ponieważ prawo medyczne i farmaceutyczne dotykają tych zagadnień, o których rozmawialiśmy wcześniej, to były one dla mnie dużo bardziej pociągające. Tu można rozmawiać o płaszczyźnie etycznej przepisów, tego jak powinny wyglądać, jak wpływają na życie ludzi na bardzo głębokim poziomie.
Prawo własności intelektualnej jest dla mnie ciekawe, bo jest dużo bardziej „miękkie” niż wiele innych dziedzin – wchodzimy tu na grunt działalności artystycznej, ochrony owoców ludzkiej kreatywności – a tym samym ochrony czegoś unikalnego, immanentnie człowieczego. Jednocześnie ochrona własności intelektualnej ma ogromne znaczenie w prawie farmaceutycznym i ścierają się tu bardzo różne interesy. Innowacja farmaceutyczna to przede wszystkim patent i dane rejestracyjne – dane, które decydują o tym, czy tańszy odpowiednik leku pojawi się na rynku za rok czy za dziesięć lat.
Od lat doradza Pan podmiotom z sektora ochrony zdrowia i life sciences w sprawach regulacyjnych, badań klinicznych, compliance i kontraktów – czyli tam, gdzie ścierają się interesy regulatora, przedsiębiorców i pacjentów. Jak w praktyce znaleźć równowagę między bezpieczeństwem obrotu produktami leczniczymi a wspieraniem innowacyjności rynku? I czy w dobie dynamicznego rozwoju telemedycyny oraz rozwiązań opartych na AI możliwe jest stworzenie takich ram prawnych, które nadążą za technologią, nie blokując dostępu do nowoczesnych terapii, a jednocześnie realnie chroniąc pacjentów?
Zacznę od modyfikacji przyjętego założenia, iż bezpieczeństwo i innowacyjność to wartości pozostające automatycznie w konflikcie.
W mojej praktyce ten konflikt najczęściej nie wynika z samej logiki regulacji, ale z samego stosowania przepisów – czasami zbyt technicznego, zbyt wolno aktualizowanego. Dobra regulacja nie hamuje innowacji; hamuje ją regulacja zbudowana na strachu przed nowym zamiast na rzetelnej analizie ryzyka. Przepisy medyczno-farmaceutyczne mają za zadanie chronić pacjentów i uważam to za kwestię fundamentalną. Natomiast bardzo istotne jest również to, by zapewniać pacjentom szybki dostęp do nowych technologii, nowych leków, w sytuacjach gdy ryzyko zostało prawidłowo przeanalizowane i jest akceptowalne – zarówno przez regulatora, jak i pacjentów.
W praktyce doradczej widzę to wyraźnie przy badaniach klinicznych i rejestracji innowacyjnych produktów. Prawo istnieje, ramy są, ale ich stosowanie przez organy często wyprzedza wypracowanie rzeczywistych standardów. Firma, która chce wprowadzić innowacyjne rozwiązanie diagnostyczne, często nie wie, czego dokładnie regulator oczekuje – bo regulator sam to dopiero ustala. To nie jest zarzut pod adresem regulatora; to opis etapu, w którym jesteśmy. Nie można jednak pominąć tego, iż regulatorzy coraz częściej wchodzą w rolę partnera, a nie nadzorcy. To bardzo pozytywna zmiana, w ramach której organy są otwarte na realną współpracę z firmami i w ramach obowiązujących przepisów uczestniczą w działaniach mających zapewnić pacjentom dostęp do nowoczesnych terapii w bezpieczny sposób.
Jak doświadczenie doradcy rynku farmaceutycznego i medycznego przekłada się na projektowanie regulacji dla niego? Wiemy, iż minionym roku był Pan m.in. zaangażowany w prace Ministerstwa Zdrowia nad projektem dotyczącym pełnomocnictwa medycznego. Jakie konkretne problemy systemowe w obszarze praw pacjenta ma ono rozwiązać?
Praca przy regulacji jest dla mnie naturalnym przedłużeniem pracy doradczej – i odwrotnie. Kiedy przez lata doradza się podmiotom leczniczym i firmom farmaceutycznym, to widzi się, gdzie prawo faktycznie nie działa: gdzie przepis istnieje, ale jest nieegzekwowalny, gdzie instytucja jest teoretycznie kompletna, ale w praktyce niedostępna.
Pełnomocnictwo medyczne jest przykładem istotnej luki systemowej. Mamy pełnomocnictwo cywilne, mamy instytucję przedstawiciela ustawowego – ale brakuje nam instrumentu, który pozwoliłby pacjentowi z wyprzedzeniem, w stanie pełnej świadomości, wyznaczyć osobę, która w razie jego niezdolności do decydowania będzie mogła skutecznie współdziałać z personelem medycznym. To brak, który uderza w autonomię pacjenta i generuje realne problemy w szpitalach – szczególnie w onkologii, geriatrii, intensywnej terapii. Rozwiązaniem nie jest tylko nowy przepis, ale stworzenie instrumentu, który będzie znany, dostępny i respektowany przez cały system ochrony zdrowia.
Pozostając jeszcze w wątku związanym z rynkiem medycznym. Coraz częściej mówi się o potrzebie lepszej edukacji pacjentów w zakresie ich praw i obowiązków w systemie ochrony zdrowia. Czy też ją Pan dostrzega? Jest w tym zakresie rola dla prawa i prawników?
Zdecydowanie tak, ale z ważnym zastrzeżeniem: równie ważne jest kształcenie personelu medycznego w tym zakresie. Z jednej strony mamy pacjentów, którzy nie wiedzą, co im przysługuje, czego mogą zasadnie oczekiwać, a z drugiej strony – lekarzy, którzy żyją w strachu przed pozwami i sprawami karnymi i przez to na przykład ulegają naciskom rodziny, albo nie czują się wystarczająco dobrze poinformowani, żeby decydować o tym, czy terapia jest już terapią daremną i czy należy jej zaprzestać.
W mojej ocenie rola prawników nie ogranicza się do doradzania czy reprezentowania przed sądem. To także edukacja prawna w ramach działalności publicznej, komentarze eksperckie w mediach, pisanie dla praktyków ochrony zdrowia – to wszystko jest pracą na rzecz realnej dostępności i świadomości prawa. Prawnik nie może przebywać wyłącznie w zaciszu swojego gabinetu. Pełni on istotną rolę społeczną i powinien on wykorzystywać posiadaną wiedzę w dobrym celu.
Kończąc pytania z tego obszaru Pana specjalizacji jeszcze inne spojrzenie na rynek. Skąd bierze się rosnące poczucie, iż pacjent, personel medyczny i do tego firmy farmaceutyczne stoją po przeciwnych stronach barykady? Czy źródłem tego napięcia są bardziej bariery prawne i organizacyjne? A może to raczej kryzys zaufania lub efekt przeciążonego systemu, który przerzuca napięcia na ludzi?
Z kilku źródeł jednocześnie, co sprawia, iż nie ma prostej odpowiedzi. Przeciążony system przerzuca napięcie na tworzących go ludzi – lekarz, który ma 10 minut na wizytę, jest przemęczony, a ciągły strumień pacjentów nie pozwala na poświęcenie każdemu z nich należytej uwagi, w odpowiedni sposób. Z drugiej strony mamy pacjentów, którzy również są wymęczeni tym, iż musieli czekać 2 albo 3 godziny na wizytę w poczekalni, a na samą wizytę dostali termin na pół roku do przodu. Przychodzą do lekarza przestraszeni, z mnóstwem pytań, a okazuje się iż mają 10 minut. Wszystkie strony są tym wykończone. To nie jest efekt złej woli, słynnej już „roszczeniowości” jednej strony albo „opryskliwości” drugiej. To kryzys strukturalny, który nie pozwala na prawidłowe funkcjonowanie systemu.
Z kolei firmy farmaceutyczne działają w logice rynkowej, która nie zawsze jest spójna z logiką zdrowia publicznego – i to nie jest zarzut moralny, ale opis napięcia systemowego, którym prawo powinno produktywnie zarządzać, a nie ignorować. Zaufanie buduje się przez transparentność – w badaniach klinicznych, w procesach refundacyjnych. To jest pole, gdzie dobre regulacje mogą zrobić bardzo dużo.
Zmieniając tematykę. Zahaczyliśmy już o kwestię sztucznej inteligencji przy okazji regulacji dla rynku farmaceutycznego. Teraz spójrzmy na nią z innej perspektywy – wspólnie z menedżerem muzycznym Leopoldem Mazurkiewiczem stanął Pan na czele inicjatywy Artist First, czyli grupy profesjonalistów zrzeszającej wydawców, artystów i słuchaczy, którzy nie godzą się, by AI odbierało szansę na rozwój kariery zarówno młodym talentom, jak i znanym wykonawcom. Dlaczego według Pana AI-owa muzyka nie powinna być traktowana tak samo, jak ta robiona przez ludzi, i jaki macie Państwo pomysł, by coś z tym zrobić?
Bo twórczość artystyczna nie jest tylko wytworem – jest relacją między muzykiem a słuchaczem. Gdy słuchamy muzyki, wchodzimy w kontakt z czyjąś historią, z czyjąś wrażliwością ukształtowaną przez konkretne doświadczenie życiowe. Ktoś pokazuje nam swoje wnętrze. Algorytm generatywny nie ma doświadczenia – ma wzorce. To fundamentalna różnica i nie jest to argument sentymentalny, ale społeczny.
Problem, który identyfikujemy razem z Leopoldem Mazurkiewiczem w ramach Artist First, jest konkretny: modele generatywne są trenowane na twórczości ludzkich artystów – często bez ich zgody i bez wynagrodzenia – a następnie produkują treści, które z nimi konkurują na tych samych platformach. To nie jest neutralna technologiczna ewolucja. To jest ekstrakcja wartości bez rekompensaty, ale też pozbawianie młodych twórców możliwości przebicia się – jeżeli ludzką muzykę zastępujemy muzyką komputerową, to jak nowi artyści mieliby zaistnieć w świadomości społecznej? Rozpoznawalnym nazwiskom to nie grozi – oni dostali swoją szansę, nie musieli konkurować z AI i teraz są bezpieczni. Natomiast młodzi muszą walczyć o swoje miejsce, konkurując z zalewem generatywnych utworów, stworzonych w kilka minut. Walka na takim gruncie jest głęboko nierówna.
Naszą odpowiedzią jest budowanie środowiska – artystów, menedżerów, wydawców, słuchaczy – które artykułuje ten problem publicznie i na poziomie regulacyjnym, bo samodzielnie żaden z tych podmiotów nie ma wystarczającej siły oddziaływania.
Czy problem, o którym mówicie w ramach Artist First, to bardziej kwestia etyki rynku, czy realnej luki prawnej, którą ustawodawca powinien pilnie wypełnić?
Jedno i drugie, ale kolejność ma znaczenie. Najpierw jest problem etyczny – i trzeba go nazwać wprost: model, w którym praca twórcza jest bezpłatną surówką dla przemysłu AI, jest niesprawiedliwy.
Ale sama etyka bez instrumentów prawnych jest bezsilna. Mamy dziś realne luki: prawo autorskie nie nadąża za pytaniem o ochronę stylu, brzmienia, artykulacji jako niematerialnych elementów twórczości. Prawo publiczne nie reguluje wystarczająco relacji między platformą AI a twórcą, którego dane zostały użyte do treningu. Dyrektywa o prawie autorskim na jednolitym rynku cyfrowym daje pewne podstawy, ale wymaga wypełnienia przez ustawodawcę krajowego i przez orzecznictwo. Jestem przekonany, iż najbliższe lata przyniosą w tej sferze więcej rozstrzygnięć niż ostatnia dekada.
Domykając temat AI – jak postrzega Pan jej rolę w prawniczym fachu?
Jako narzędzie, które już zmienia zawód, i które wymaga od prawników rozszerzenia kompetencji. AI jest znakomita w wyszukiwaniu, streszczaniu, identyfikowaniu wzorców w zbiorach danych – ustawach, zbiorach orzeczeń, tekstach komentarzy.
Korzystam z niej regularnie w pracy badawczej i analitycznej. Ale AI nie może zastąpić człowieka tam, gdzie potrzebna jest realna ocena wyników pracy AI czy ocena ryzyka prawnego w kontekście konkretnego klienta, konkretnej relacji biznesowej i konkretnego momentu rynkowego. Myślę, iż prawnicy i lekarze mają podobne rozterki w tym kontekście – AI świetnie przeanalizuje podstawowe kwestie, zaproponuje kierunki działania, możliwe oceny. Ale to na człowieku spoczywa ciężar spojrzenia na problem całościowo i dokonania finalnej oceny.
Martwi mnie tylko to, iż prawnicy zaczęliby używać AI jako substytutu własnego myślenia. Krytyczne myślenie prawnicze kształtuje się przez lata samodzielnej pracy z tekstem, z przypadkami, z błędami. Tutaj nie ma drogi na skróty.
Jest Pan aktywnym użytkownikiem mediów społecznościowych i regularnie dzieli się swoimi spostrzeżeniami zarówno na LinkedIn, jak i na
. Jaką rolę pełnią media społecznościowe w Pana pracy zawodowej? Czy to raczej narzędzie edukacyjne dla pacjentów i profesjonalistów, czy może platforma do dyskusji wokół prawa i bieżących problemów rynku?
Przede wszystkim są płaszczyzną do edukacji i dyskusji. LinkedIn jest dla mnie przestrzenią, gdzie mogę powiedzieć rzeczy ważne dla rynku medycznego i farmaceutycznego w języku dostępnym dla menedżerów, lekarzy i regulatorów. Instagram jest inny – bardziej popularny, ale też pewnie bardziej osobisty. Nie traktuję obecności w mediach społecznościowych jako marketingu. Traktuję ją jako obowiązek publiczny eksperta – jeżeli mam wiedzę, która może pomóc, to uważam iż należy się nią dzielić. Jednocześnie pilnuję granicy: media społecznościowe to nie jest miejsce na uproszczone opinie w złożonych sprawach – i gdy temat wymaga niuansu, wolę nie pisać wcale niż pisać źle.
Na co dzień angażuje się Pan na wielu różnych polach zawodowych – praca na uczelni, stanowiska: wiceprezesa Polskiego Towarzystwa Lekarzy Menedżerów, zastępcy Redaktor Naczelnej w Przeglądzie Prawa Medycznego, członka zespołu problemowego w Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Cywilnego Ministerstwa Sprawiedliwości, członka Komitetu Zdrowia przy Krajowej Izbie Gospodarczej oraz członka zespołu do spraw wypracowania rozwiązań normatywnych w zakresie pełnomocnictwa medycznego w Ministerstwie Zdrowia. Lista jest dość długa, a doba ma tylko 24 godziny. Jak udaje się Panu łączyć te liczne obowiązki? Czy zostaje jeszcze czas dla siebie i swoich pasji?
Przede wszystkim – staram się precyzyjnie planować, co kiedy ma zostać zrobione; co jest na teraz, a co jest na jutro. Od zawsze staram się być zorganizowany, w czym oczywiście pomagają mi aplikacje z kalendarzami, listami zadań i przypomnieniami. Są też okresy, kiedy margines czasowy jest naprawdę wąski i trzeba dokonywać wyborów, których się nie lubi.
Ale trzeba też powiedzieć, iż ta lista ról nie rozsadza dnia na kawałki, bo te aktywności wzajemnie się zasilają. Doradztwo w ministerstwach pozwala mi widzieć, jak instytucje prawne powstają od środka i jak się zmieniają. Redagowanie „Przeglądu Prawa Medycznego” daje mi możliwość bycia bardzo na bieżąco z piśmiennictwem i aktualną dyskusją naukową. Dlatego to nie jest wiele różnych zawodów – to jeden projekt intelektualny, realizowany jednocześnie na kilku arenach.
Czas dla siebie – tak, choć nauczyłem się, iż musi być chroniony z taką samą determinacją, jak deadline’y zawodowe. Inaczej znika.
Co daje Panu odpoczynek i satysfakcję poza pracą?
Przede wszystkim bliscy. Z wiekiem człowiek rozumie, iż to, co w znacznym stopniu tworzy wartość w naszym życiu i satysfakcję z tego życia to relacje z ważnymi dla nas osobami. Staram się więc to chronić najlepiej, jak potrafię i dbam o to, żeby nigdy nie przedłożyć pracy nad bliskich.
Dużo czytam. Wiele rzeczy mnie interesuje, więc sięgam po książki z zupełnie różnych dziedzin i staram się, żeby część z tego nie miała żadnego związku z prawem ani medycyną. To ważne, żeby mieć w głowie przestrzenie, do których praca nie ma wstępu.
Lubię gotować – kuchnia ma tę rzadką adekwatność, iż pozwala nam zająć się tym co tu i teraz, a przez to oczyścić głowę. Dla kogoś, kto większość dnia spędza w abstrakcji – umowy, regulacje, wykłady – to jest bardzo konkretna i przyjemna odmiana.
Na koniec tradycyjnie poprosimy o jedną radę dla naszych najmłodszych czytelników – studentów i aplikantów, którzy dopiero wytyczają swój szlak w zawodzie? Co może stać się dla nich prawdziwym kompasem przy wyborze prawniczej ścieżki kariery?
Specjalizuj się głęboko w czymś, co naprawdę cię interesuje – ale nie kosztem szerokości myślenia. Prawo jest dziedziną, w której wiedza transgraniczna: między gałęziami, między systemami, między dyscyplinami – tworzy wartość, której nie da się odtworzyć przez samo czytanie przepisów. Bardzo dobrzy specjaliści są zawsze potrzebni. Zajmowanie się wszystkim i niczym, gdy chodzi o dziedziny prawa, raczej prowadzi donikąd. Natomiast zdobycie bardzo dobrych kompetencji w określonej dziedzinie pozwala na dużo bardziej wartościowe doradztwo.
I jeszcze jedno: nie bój się być prawnikiem, który ma zdanie. Komfort neutralności jest wygodny, ale prawdziwy autorytet buduje się przez gotowość do zajęcia stanowiska, obronienia go argumentami i – gdy trzeba – jego zmiany.
Dziękujemy za rozmowę.
***
dr Wojciech Rożdżeński – doktor nauk prawnych, adiunkt w Katedrze Prawa Cywilnego WPiA Uniwersytetu Warszawskiego. Laureat nagrody specjalnej w konkursie „Rising Stars Prawnicy – Liderzy Jutra 2025” za wykraczanie poza tradycyjną rolę prawnika, działalność pro bono oraz zaangażowanie w rozwój standardów państwa prawa.
Specjalizuje się w prawie medycznym, farmaceutycznym, własności intelektualnej orazprawie zobowiązań . Doradza podmiotom ochrony zdrowia, firmom farmaceutycznym i uczestnikom rynku regulowanego. Wspólnie z menedżerem muzycznym Leopoldem Mazurkiewiczem stanął na czele inicjatywy Artist First, czyli grupy profesjonalistów zrzeszającej wydawców, artystów i słuchaczy, którzy nie godzą się, by AI odbierało szansę na rozwój kariery zarówno młodym talentom, jak i znanym wykonawcom.
Wiceprezes Polskiego Towarzystwa Lekarzy Menedżerów, zastępca Redaktor Naczelnej w Przeglądzie Prawa Medycznego Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, członek zespołu problemowego w Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Cywilnego Ministerstwa Sprawiedliwości, członek Komitetu Zdrowia przy Krajowej Izbie Gospodarczej oraz członek zespołu do spraw wypracowania rozwiązań normatywnych w zakresie pełnomocnictwa medycznego w Ministerstwie Zdrowia.








