Awaria tankowca floty cieni na Bałtyku zostałaby wykryta: służy temu monitoring lotniczy i satelitarny – powiedział PAP Andrzej Kalata, główny inspektor ds. ratownictwa morskiego Urzędu Morskiego w Gdyni. Jednak w razie dużego wycieku ropy, usunięcie jego skutków przekraczałoby możliwości jednego państwa – dodał.
Ropa wyciekająca z osiadłego na mieliźnie tankowca Caroline Bezengi dociera do Omanu – poinformowała w środę Międzynarodowa Organizacja Morska (IMO). Tankowiec należący do floty cieni przewoził 800 tys. baryłek rosyjskiej ropy, kiedy w czerwcu został zaatakowany u wybrzeży Jemenu.
Caroline Bezengi przed rozpoczęciem ostatniego rejsu załadował rosyjską ropę w porcie Noworosyjsk nad Morzem Czarnym – wynika z danych dotyczących ruchu statków, na które powołał się Reuters.
PAP zapytała Andrzeja Kalatę, głównego inspektora ds. ratownictwa morskiego Urzędu Morskiego w Gdyni, czy ze względu na znaczny ruch statków rosyjskiej floty cieni na Bałtyku, może dojść do podobnej sytuacji na polskich wodach terytorialnych. – Trasy jednostek floty cieni do i z Zatoki Fińskiej prowadzą z dala od polskich obszarów morskich, uwzględniając w tym naszą wyłączną strefą ekonomiczną – wyjaśnił ekspert. Statki te nie zawijają też do naszych portów, bo nie mają w tym żadnego interesu – dodał.
Jak podkreślił, każde państwo, w tym Polska, ma krajowy plan zwalczania zanieczyszczeń. U nas – jak wskazał – w zakresie zwalczania zanieczyszczeń na morzu, siły i środki posiada Morska Służba Poszukiwania i Ratownictwa (SAR).
Zapytany o to, czy są podejmowane jakieś działania mogące zapobiec incydentom podobnym do tego u wybrzeży Omanu, do których mogłoby dojść na wodach międzynarodowych Bałtyku, odparł, iż reagowanie na nie leży w gestii państw porozumienia HELCOM (międzynarodowej Komisji Ochrony Środowiska Morskiego Bałtyku. W jej skład wchodzą: Dania, Estonia, Finlandia, Niemcy, Łotwa, Litwa, Polska, Rosja, Szwecja oraz Unia Europejska – PAP).
– Gdyby taka sytuacja się zdarzyła, nie jest to tylko sprawa Polski czy pojedynczego kraju, ale byłyby w to zaangażowane wszystkie kraje HELCOM – wyjaśnił i podkreślił, iż usunięcie skutków dużego wycieku ropy przekraczałoby możliwości jednego państwa. Ponadto, jak wskazał Kalata, Europejska Agencja Bezpieczeństwa Morskiego (EMSA) dysponuje swoimi jednostkami do zwalczania zanieczyszczeń, które w razie potrzeby również mogą zostać zadysponowane.
Z relacji Kalaty wynika, iż na Bałtyku jest również prowadzony skrupulatny monitoring. Sytuację kontroluje się dzięki lotów patrolowych odbywających się we współpracy Urzędu Morskiego i Straży Granicznej. – Funkcjonuje też europejskie narzędzie o nazwie CleanSeaNet. To system wczesnego ostrzegania o wykrytych zanieczyszczeniach na obszarach Wspólnoty Europejskiej, w tym Morza Bałtyckiego, oparty na systemie wykrywania satelitarnego – zaznaczył i dodał, iż po każdym oblocie satelity EMSA przekazuje nam zdjęcia polskich obszarów morskich. Odbywa się to codziennie, a czasem częściej.
Jak wyjaśnił ekspert, procedura ta pozwala natychmiast wykryć nie tylko ewentualny wyciek ze statku, ale także groźne dla środowiska Bałtyku zakwity glonów.
Jak podaje International Tanker Owners Pollution Federation (ITOPF), międzynarodowa organizacja specjalizująca się w reagowaniu na rozlewy substancji ropopochodnych na morzach, podstawową metodą ich usuwania z powierzchni wody jest jej zebranie z wykorzystaniem wyspecjalizowanych jednostek rozstawiających pływające zapory, które ograniczają rozprzestrzenianie się plamy. Następnie urządzenia do mechanicznego zbierania warstwy ropy przepompowują ją do zbiorników na jednostkach lub barkach. Jednak, jak wskazuje ITOPF, zwykle metoda ta pozwala usunąć jedynie 10–15 proc. rozlanej ropy. Pozostała część z czasem odparowuje, ulega rozproszeniu i biodegradacji, a część może zostać wyrzucona na brzeg lub osiąść na dnie.
źródło: PAP
fot. Pixabay / analogicus (domena publiczna)

1 godzina temu







